Jania
Pierwszy maly sukces dziennikarski. Napisała do mnie niedawno zza granicy kobieta, która widziała zdjęcia o pani Jani, i chce pomóc finansowo. Ładne. Dziś w końcu udało mi sie założyć konto. Z panią Janią co raz gorzej..





Jakos nie moge sie uporac z opisem wyprawy (z połowe już mam)
Jutro Łódź i kolejny karkołomny zjazd.


Jogin na patelni
przymierzam sie zeby niedługo zmontowac film z poklatkowych zdjec.
Są takie momenty ocknięcia, ze sie zatrzymuje i robie czemus 200-300 zdjec seryjnych, bez jasnego celu.
Po prostu robie zeby bylo, jak wiele rzeczy. Powoli cos sie uklada w tej mojej glowie

Postaram sie w ciagu 2 dni dodac drugi odcinek wyprawy do kosowa.
Stadion znow dzis
Juz nie dali wejsc w trzewia
Temat sie robi popularny. Dziennikarzy wozą jeepem zeby miec kontrole :)
Zrobilem jeszcze kilka rolek srednim i wlasciwie to ze sredniego ma wartosc dla mnie
Te tu z canona. Sredni bedzie jutro
Biore dwa aparaty i wychodza mi dwa rozne zestawy zdjec.





kilka nowych.
(probowalem wlasnie kilka razy napisac tu cos podejsciu do dokumentu, o tym jak to zmienia myslenie o miejscu, czasie, jak mnie odcina od rzeczywistosci. I ze normalnosc w glowach za kilka lat bedzie inna, a to zostanie. Za kazdym razem to pisanie wydalo mi sie to jakies niepelne i na sile. tak wiec niech zostanie: kilka nowych)




Wyprawa do Kosowa.
Wczoraj gdy robiłem porządki w archiwum, natrafiłem na zaczęty kiedyś tekst z ostatniej wyprawy rowerowej.
Poprawiłem go troche i wrzucam:
Wyprawa do Kosowa.
No więc, zaczęło się tak sobie – dzień przed wyjazdem zrobiłem z moim przyjacielem Grześkiem małe pożegnanie (wtedy jeszcze mieszkałem w Lublinie) W czasie pożegnania ok 2 w nocy pod ratuszem w Lublinie – tak jak to zwykle bywa w tym mieście – ktoś nam chciał dać w mordę.
Trzech: duży – młotek, mały – ale najwredniejszy i jakiś inny którego właściwie nie zauważyłem bo się nie odzywał.
Pierwszy raz dostałem tak na dzień dobry, bez ceregieli – podeszli do mnie i ciach. Ja się najpierw zdziwiłem a potem poirytowałem i zacząłem na nic krzyczeć (było mi żal, że po prostu podeszli i zaczynają mnie bić jak to tak?) Po chwili przekomarzania, małej furii w ktorą wpadłem, oni odpuścili i zaczęli iść w swoją stronę (aha i trzeba nadmienić że byliśmy z Grześkiem tak porządnie załatwieni) My poszliśmy w tą samą stronę co oni i tak się złożyło że obaj mieliśmy telefony w dłoniach. No cóż, mały wredny to zauważył(widocznie źle mu się skojarzyło) i kopie mnie jakoś tak z rozpędu i wyskoku.
(przepraszam, bardzo lubie w książkach sceny batalistyczne)
No to się zaczęło – czas zwalnia. Mały wredny raz mnie nie trafił na co ja go trafiłem dwa razy (choć chyba raz wystarczył) Grześkowi w tym czasie spadły okulary więc się czołgał i ich szukał (nikt go nie tknął).
W czasie gdy ten mniejszy już leciał na ziemie, dostałem butelką od tego dużego (szlag!)
Był rozpędzony, złapał mnie za ramie, rozbił i szarpnął żebym się wywalił. Ja poczułem rozpryskujące si.ę szkło na twarzy i zobaczyłem jakieś mignięcie, zrobiłem pełny obrot na jednej nodze żeby nie upaść od silnego impetu.
Grzesiek usłyszał tłuczone szkło i krzyknął: Policja! Tamtych trzech, słysząc to magiczne słowo zaczęło spieprzać zygzakiem. Ja podszedłem do Grzesia cały mokry od tego piwa. Stwierdziłem że to jednak na mnie rozbite i zacząłem podejrzewać, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Doczłapaliśmy do domu Grześka, obudzona w środku nocy Dagna wysłuchała nieprzytomnie naszej żarliwej opowieści.
Obejrzeliśmy dokładnie moją twarz i pojechałem do domu spać( nic mi się nie stało, nawet zadrapania, tylko maly siniak na skroni)
Zastanawiam się czasem, jakim trzeba być skurwysynem, żeby bić pierwszych lepszych ludzi spotkanych na ulicy. Bo to nie byli jacyś bardzo waleczni kolesie, oni bazowali na strachu ofiary- chcieli się poznęcać. A gdy się postawić to odpuszczają i robią groźne miny.
I co trzeba sobie myśleć, żeby podbiec do kogoś kto się broni, i po prostu rozbić mu butelkę na twarzy. Ja nie wiem, może chciał mnie okaleczyć, bo zabić chyba nie. Ale stać mogło się wszystko.
Miałem szczęście? Miałem.
I tak się zaczął wyjazd.
Na drugi dzień skacowany jechałem do Warszawy i z powrotem po aparat, który padł tydzień wcześniej. To też ciekawe- zepsuła mi się migawka po 130 000 tys zdjęć (gwarancja obejmuje 100 000, czyli miała prawo się zepsuć) W słynnym serwisie na Żytniej 15, fachowcy wyliczyli ze zrobiłem tylko 30 tys i naprawa za darmo :)
Wróciłem z Warszawy, spakowałem się do końca i jakoś po północy miałem pociąg do Piwnicznej Zdroju. Obawiałem się jechać w nocy(w Polsce) choć jak się okazało jeden wagon był przerobiony tak, żeby można było wstawić i przypiąć rower. W pierwszym przedziale spała jakaś dziewczyna. Nie miała zbyt sympatycznej miny, ale podziwiałem ją za odwagę, że jeździ sama nocnym pociągiem (w Polsce) i śpi nawet. Jakoś tak nawiązała się senna rozmowa – dziewczyna jechała w góry Ałtaj i do Mongolii (ehh)
Rano zacząłem jechać. Szło ciężko, cały dzień upierdliwie padało. Niewdrożony, niewystpany, nierozruszany, pełen obaw i jakiejś nieuzasadnionej niepewności – jadę.

Tak to jest z tym strachem, trwa jakiś dzień i tak naprawdę nie jest to uczucie racjonalne. Po prostu wiąże się z tym, że musisz wziąć sprawy w swoje ręce i zostajesz z tym sam. Takie przestawienie w inny tryb. Teraz ty tu rządzisz i podejmujesz decyzje. Niepokój jest Twoim towarzyszem, bo to dopiero początek. A musisz sam dbać o obrót wszystkich szczegółów.
Dzień tak czy inaczej, był ciężki, bardzo dużo podjazdów mało zjazdów (na jednym zjeździe jechalem 87km/h), drogi szybkiego ruchu, jeden podjazd miał 17% nachylenia i ciągnął się 11km. Jadąc jedną drogą, która potem zamieniła się w autostradę kilka razy o mały włos nie wpadłem do betonowego rowu.
Rower był załadowany do oporu, pobocze bardzo wąskie (20cm białego pasa ruchu i jakieś 5cm asfaltu, a potem już tylko rów) Wielkie ciężarówki mnie mijały i uderzała we mnie ściana powietrza, rower był tak załadowany że zaczynał falować, wyginać się – ja mocno trzymałem kierownicę, a tylnie sakwy przy podmuchu powietrza ściągały mnie do rowu. Ciężka sprawa. Przy drodze leżało dużo martwych zwierząt, część już w stanie rozkładu. Mało optymistyczny smród padliny.

Spałem na przełęczy jakieś 1500npm, noc spokojna i wilgotna. Rano przez chwile była dobra pogoda i zdążyłem wysuszyć rzeczy. Następnie zjechałem z przełęczy i zacząłem uciekać przed potężną burzą. Miałem 40km do Preszowa, skąd w razie czego mogłem podjechać pociągiem. Był to rejon gdzie było bardzo dużo cygańskich wiosek, wątpie żeby cyganie mieli prawojazdy. Z tego jak jeździli wnioskuje, ze nieznane im były zasady ruchu drogowego. Dwa razy zjezdzałem do rowu ratując sie przed zderzeniem czołowym.

„Dojechałem te 40 pod silny wiatr, goniła mnie burza. Teraz siedzę na dworcu na dużej marmurowej sali pod ziemia. Jest chłodno i słychać głośno każdy szmer. Na ławce obok mnie siedzi młoda para, ubrana jak do ślubu. Dobrze się tu czuję.
Na zewnątrz grzmi groźnie. Wybrałem drogę kolejową do Koszyc, czyli jakieś 40km. Nie lubię jechać w deszczu, nie w takim. Co do mojej drogi przez Słowację, to wybrałem ją w głupi sposób. Jechałem przez największe wzniesienia, ciągle padało, a drogi były złe.
Powoli łapie już jakiś luz wewnętrzny”

xxx
„Jutro rano pojadę do Miskolca i spróbuje pociągiem na drugi koniec Węgier. Mimo że wcześniej mało jeździłem, to teraz mam sporo siły, tylko mój umysł jest jakiś lewy. Nie myśle zbyt logicznie, wszystko jest jakieś senne i nierzeczywiste”
xxx
„Pierwsze spotkanie z lustrem od 3 dni wprawiło mnie w lekki szok. skłopotany wróciłem na chwilę do rzeczywistości”
xxx
Koszyce
„Wjechałem do tego wielkiego acz ładnego miasta na południu Słowacji i od razu zacząłem szukać sklepu takiego, żeby móc zostawić rower, kupić długie spodnie (poprzednie spodnie porwałem wczoraj) i klocki hamulcowe. Sklep znalazłem ale nie mogłem nigdzie zostawić roweru. Jakaś pani, znajoma innej pani z ochrony, zaofiarowała się ze popilnuje mojego wielkiego bicykla. Ubrań nie znalazłem a sportowe rzeczy były gdzieś w cholere na innym piętrze. Korzystając z okazji kupiłem kilka jabłek i jakiś mizerny pasztet. Biegałem po sklepie w śliskich sandałach, pani się długo naczekała ale była bardzo miła mimo to. Następnie wychodzę z tego sklepu i spotykam kolarza, który mówi że wszystkie sklepy rowerowe są „zatwarene” i że trzeba iść na 3 piętro. Popilnował mi roweru, (dwa ryzykowne posunięcia!) Ale było ok, tzn kupiłem klocki hamulcowe – choć w efekcie nie pasowały :)
Następnie wyjeżdżając z Koszyc złapałem gume, miałem awarie łańcucha i korby, oraz urwaną szprychę – naraz. Zatrzymało mnie to na troche, łańcuch rozmemłałem palcami, korbe naprostowałem wielkim kamieniem, i szpryche nawet zmieniłem sam – pierwszy raz w życiu się do tego zabierałem. Akurat po złapaniu gumy na tym zadupiu, znowu spotkałem wesołą panią, która wcześniej pilnowała mi roweru:) „ahoj reporter, ahoj reporter” pomachała mi jeszcze raz i poszła w nieokreślonym kierunku.
Ja potem dowlokłem się jeszcze 60km pod Miskolc na Węgrzech, szukając niezdarnie noclegu”

Jechałem, jechałem a teren z górzystego stawał się – pagórkowaty – płaski – i dramatycznie płaski
tam gdzie chciałem szukać noclegu było płasko i wiejskie, węgierskie chłopaki jeździły na motorynkach.
Nie było gdzie iść. W końcu po 10 km znalazłem jakieś wzniesienie i targam pod nie rower. Ziemia była mokra, lepka i było w niej dużo gliny. Od razu przyczepiła mi się do koła zasyfiając hamulce, błotniki, sakwy i mnie. Zmęczony i zły taszczę rower pod tą łagodną górkę już dłuższy czas (rower sam hamuje od błota a ja się ślizgam)
I co? Zza górki wyjeżdża kolejna pielgrzymka chłopaczków na motorach i z pouczepianymi dziewczętami i przyglądają mi się jak wariatowi. Nie mogę tu spać.
Memląc przekleństwa jade z powrotem przez to cholerne błocko z gliną.
Następna dróżka kilka km dalej była ok, i nocuje schowany za małym domkiem przy skromnej winorośli. Przed snem jeszcze raz prostuje kamieniem korbę w rowerze – skrzywiła mi się chyba przy wysiadaniu z pociągu.

xxx


































3 comments