Rainbow II
Pewnego dnia rainbow zeszło do wsi Ljuta oddalonej o 9km górskiej drogi. To miała być taka integracja rainbow – ludność miejscowa. Rainbow mialo pokazac sie od strony muzycznej. Stworzono specjalną orkiestrę która nawet skomponowała własne utwory. Jak sie potem okazało tego dnia obchodzono dni Ljuty a nie intergacje z rainbow. Rozstawiono udekorowaną scene pod szkołą w centrum wsi. Rainbow zagrało mecz z miejscową profesjonalną drużyną piłkarską. Mecz na bosaka, składy po stronie rainbow wybrano w ciagu jakichs 3 minut. Potem 10 min treningu taktycznego.
Wynik meczu: 5:4 dla rainbow.
Miejscowa publicznosc była niepocieszona i wszyscy razem poszli sie upić. Zasady niepicia alkoholu gdzieś znikły. W programie były występy muzyczne. Gorące ukrainskie 13-16-nastki rodem z MTV wywijały jak muzynki na teledyskach. Wszystko pod czujnym okiem Pani dyrektor. Taka urocza ukrainska biesiada (fajna sama w sobie) połączona w z czyms tak absurdalnym jak ludzie z rainbow. Ciekawe przezycie.
Tej nocy ja, Marta, Światek, Basia i Szymon pojechalismy do polski.




























Pielgrzymka
Pielgrzymka różnych dróg
Dojechalismy na 3 ostatnie dni chyba juz tylko z sentymentu.
Zdjęcia jakos tak bardziej dla siebie.


















Rainbow
Rainbow jest czymś trudnym do opisania w kilku słowach. Taki temat rzeka. Posiada cechy wydarzenia-festiwalu ale dla uczestników na pewno jest czyms więcej. Dużo ludzi traktuje to w kategoriach ideologii, stylu życia. Niektórzy cały czas podróżują po świecie, jeżdżąc od rainbow do rainbow. Inni zmieniają się w indian na kilka dni, a potem wracają do codziennej pracy i normalnego życia w mieście.
Cytat wprowadzenia ze polskiej strony tęczowej rodziny:
Zgromadzenia Tęczowej Rodziny to organizowane w naturze pod dachem nieba spotkania otwartych i wolnych od uprzedzeń ludzi. Spotykamy się w scenerii przyrody, tam gdzie najgłośniej słychać pierwotny rytm serca Matki Ziemi. (..) Weź głęboki oddech, pozostaw Babilon za sobą. Zrzuć maski, które potrzebujesz nosić w mieście.(..) Każdy jest mile widziany. (..) JESTEŚMY JEDNYM. Solidaryzujemy się ze wszystkimi społecznościami plemiennymi całego świata, które wciąż żyją w harmonii z Matką Ziemią. Jesteśmy przekonani, że dzisiejsze społeczeństwo może się od nich wiele nauczyć.
Pierwsze Zgromadzenie, które odbyło się w Kolorado w Stanach Zjednoczonych w 1971 roku było swoistą próbą podtrzymania i uratowania przed zapomnieniem ideałów gwałtownie topniejącego ruchu hippisowskiego lat 60-tych. Bez komercjalizmu i bezsensownego hedonizmu. Początkowo Zgromadzenia były stosunkowo niewielkie, ale w latach 90tych znacznie się rozrosły i obecnie przyciągają one dziesiątki tysięcy ludzi w samych tylko Stanach Zjednoczonych. Pierwsze europejskie Zgromadzenie zorganizowano w 1981 roku i choć spotkania te nie mają tak ogromnego zasięgu, jak amerykańskie, także z roku na rok stają się potężniejsze. W 1992 roku odbyło się pierwsze Zgromadzenie w Izraelu, w 1996 roku , w Australii, a w 1999 roku, w Japonii. Jest wiele Zgromadzeń lokalnych, Zgromadzenia Koczownicze w Indiach i Ameryce Środkowej, spotkania, odosobnienia, Zgromadzenia podróżujące do różnych miejsc na świecie…”
źródło: tęczowy krag
Przyjeżdżają tam różni ludzie. Przekrój ekstramalnie wielu osobowości. Czasami ludzi zagubionych, czasem nieświadomych ale też i takich którzy bardzo silnie wierzą w te idee. Można spotkać wiele talentów w przeróżnych dziedzinach np. muzyka, kuglarstwo, akrobatyka, malarstwo, aktorstwo.. Ludzie ci dzielą sie swoimi umiejętnościami, codziennie prowadząc warsztaty.
Wszystkie ważniejsze decyzje podejmowane są na zasadzie wspólnego konsensusu.
Kilkadziesiąt lat temu postanowiono że m.in. urządzenia elektroniczne, mięso, narkotyki, alkohol, fotografowanie i filmowanie nie są mile widziane. Stąd miałem problemy z fotografowaniem.
Cała organizacja życia, zaspokajania potrzeb jak na 2000 osób w dzikich górach przebiega bardzo sprawnie. Są zorganizowane miejsca do kąpieli, kuchnia, wychodki. Wszystko jest robione na bierząco przez ochotników. Pieniądze na posiłki dla tych 2000 osób pochodzą z datków zbieranych do kapelusza po każdym posiłku.
Bardzo przyjemne sielankowe miejsce. W tym roku wszystko działo się na Ukrainie na zakarpaciu, jakieś 30km od Polskiej granicy (co ciekawe, przejeżdzałem w maju na rowerze 2-3 km od tego miejsca) Najbliższa wioska była oddalona o 8-9km górskiej drogi. Na sam koniec naszego pobytu rainbow zeszło do wsi i nastąpiła integracja z miejscową ludnością. M.in. zagraliśmy mecz rainbow vs. klub piłkarski z Ljuty ale o tym później.
Już pierwszego dnia zabrałem się mocno za fotografowanie. Dosyć chaotycznie i chyba zbyt inwazyjnie. Nie było to mile widziane. Dostawałem dużo upomnień, kilka nieprzyjemnych. Przerzuciłem się pentaxa na yashice t3 i robiłem bardziej z ukrycia.
Potem zacząłem coś większego zupełnie z inną myślą ale to potem..
Trochę pojedyńczych strzałów. Wkrótce będzie więcej


















Przepraszam że tak to przeciągałem.
Wpadłem w wir dziwnych wydarzeń.
Myślałem że troche szybciej to pójdzie. Chaos nadal duży. Dużo materiału a chce go pokazać w jednym kawałku.
Skanowanie jest niezdrowe.
Cierpliwości.



Przygotowuje sie do sesji w Łodzi i do obrony dyplomu w Af.
Duzo pierdół do ogarniecia.
Siedze schowany w wlasnym mikroklimacie. Malo z zewnatrz do mnie dociera.
Musze sprzedac jakis materiał i wyjechać. Tak nie można.
Dyplomem w AF będą zdjęcia z Fortu ktory w tej postaci już nie istnieje.


Kolejnych kilka skanów z innego zaliczenia – zdjecia o hare kriszna.
Nie mam zgody na publikacje wiec tylko te.
A miesiac fotografii w Kraku naprawde godny zobaczenia. Za rok pewnie tez pojade.
Viktor Kolar, Weegee, zdjęcia esesmanów, Andrzej Kramarz..
Wchłaniam chciwie takie wystawy. Naprawde zajebiste. Kto może ten niech jedzie.



Ukraina
Jezdzilismy duzo starymi szlakami. Niektore drogi byly tak stare ze w ogole ich nie bylo. Czulismy sie troche jak na alasce – zresztą tak to wyglądało. Najciezszy odcinek pokonywalismy przez dwa dni. Najpierw wpychanie roweru na przełęcz po gorskiej drodze którą wywozi sie wycinane drewno (bloto z benzyna, polmetrowe wyrwy w ziemi i mnostwo grubych galezi) a potem 1,5 dnia przedzierania sie przez puszcze. “Dawna rosyjska droga wojenna” tak na to mówili tubylcy. Byly dwie opcje – albo schodzenie lodowatym potokiem, albo przebijanie sie przez stary bagnisty las gdzie bylo mnostwo pozwalanych drzew. Kilka minut w wodzie i nie czujesz stop. W nocy przymrozki. Zero cywilizacji. Teren ciezki do przejscia pieszo a z rowerem totalny masochizm. Jednego dnia rano, zobaczylismy slady niedzwiedzia kilkadziesiat metrow od namiotu. Jedna z ciezszych wypraw. Osobiscie nie mam przekonania do czegos takiego. Z jezdzeniem ma to niewiele wspolnego. No ale tak trafilismy.
Ukraina 6×7
Ciezko pogodzic jazde na rowerze i fotografowanie. Od strony technicznej trudne jest samo wiezienie tego wszystkiego. Mialem dwa aparaty w plecaku. Kto mial w rekach pentaxa 6×7 ten wie. Taki plecak wazy jakies 6-7 kg – na rower w ciezkim terenie to jest gorna granica. Szyja nadgarstki, lokcie, napieprzaja nieznosnie. Niezdrowe dla kregoslupa.
Czlowiek jedzie rozpedzony, zauwaza cos, zatrzymuje sie, musi gdzies postawic obladowany rower a przy tym wszyscy ludzie dookola patrza na niego jak na kosmite (stają w oknach a niektorzy nawet wychodzą przed domy).
Gdy juz postawie rower wyszarpie wielki aparat z plecaka i zmierze światło to musze zapanowac jakos nad sytuacją. Przekonac do siebie ludzi, zrobic cos zeby zachowywali sie naturalnie. No i musze w koncu zrobic to zdjecie.
Czasami gdzies w trakcie wszystkich tych czynnosci zmieniam zdanie, ze jednak nie bedzie zdjecia. Czasami tez oni sie nie zgadzaja.
Czasami sa tak zszokowani ze zanim odzyskaja przytomnosc to ja juz odjezdzam ze zdjeciem :)
Ale bardzo czesto cos jest ulotne i moze dalbo by sie to zlapac, tylko zanim zsiade z roweru i wygrzebie aparat.. Albo zsiade i ucieka w ostatnim momencie.
Kazda taka sytuacja zatrzymania gdzies we wsi miedzy ludzmi wymaga duzo determinacji, energii ze srodka. Oni ogolnie nie sa fotografowani przez nikogo. Malo kto do nich dociera. To jest spore wiaderko zimnej wody. Trzeba podejsc z ogromnym szacunkiem, tak powoli i indywidualnie. Oni musza wiedziec o co chodzi, musza czuc sie szanowani. To nie jest tak jak robienie streetu w wielkim miescie, tam wszystko plynie powoli.
Gdy codziennie kilkanascie razy od nowa przebrne przez ten rytutał to czuje sie wypalony. Znacznie latwiej jest robic zdjecia o ludziach ktorych sie zna. W sytuacji gdy sie jedzie trzeba ciagne od nowa zdobywac zaufanie i ogranicza tez czlowieka w jakims stopniu. Czasami ktos powie jedno przesmiewcze albo negatywne slowo i to juz wystarczy zeby cie psychicznie wypalic.
Fotografuje taka powierzchownosc, nie mam raczej szans wejsc glebiej (choc moze nie trzeba?)
Mozna dotrzec w cekawe miejsca ale potrzeba duzo energii i umiejetnego wykozystania chwili. Od nowa i od nowa.
Jechalismy w 4 osoby. Gdy ja stawalem na zdjecia to oni jechali dalej. Zanim uporalem sie ze wszystkim mijalo czasami nawet 20-30min.
Potem musialem ich dlugo doganiac co w gorach nie jest przyjemne.
Ciezko sie fotografuje z roweru.
Te wszystkie rzeczy cholernie czlowieka zniechecaja do robienia zdjec.
A teraz zdjecia. Staralem sie zeby bylo surowo.
















Jania
Pierwszy maly sukces dziennikarski. Napisała do mnie niedawno zza granicy kobieta, która widziała zdjęcia o pani Jani, i chce pomóc finansowo. Ładne. Dziś w końcu udało mi sie założyć konto. Z panią Janią co raz gorzej..





Stadion znow dzis
Juz nie dali wejsc w trzewia
Temat sie robi popularny. Dziennikarzy wozą jeepem zeby miec kontrole :)
Zrobilem jeszcze kilka rolek srednim i wlasciwie to ze sredniego ma wartosc dla mnie
Te tu z canona. Sredni bedzie jutro
Biore dwa aparaty i wychodza mi dwa rozne zestawy zdjec.





Wyprawa do Kosowa.
Wczoraj gdy robiłem porządki w archiwum, natrafiłem na zaczęty kiedyś tekst z ostatniej wyprawy rowerowej.
Poprawiłem go troche i wrzucam:
Wyprawa do Kosowa.
No więc, zaczęło się tak sobie – dzień przed wyjazdem zrobiłem z moim przyjacielem Grześkiem małe pożegnanie (wtedy jeszcze mieszkałem w Lublinie) W czasie pożegnania ok 2 w nocy pod ratuszem w Lublinie – tak jak to zwykle bywa w tym mieście – ktoś nam chciał dać w mordę.
Trzech: duży – młotek, mały – ale najwredniejszy i jakiś inny którego właściwie nie zauważyłem bo się nie odzywał.
Pierwszy raz dostałem tak na dzień dobry, bez ceregieli – podeszli do mnie i ciach. Ja się najpierw zdziwiłem a potem poirytowałem i zacząłem na nic krzyczeć (było mi żal, że po prostu podeszli i zaczynają mnie bić jak to tak?) Po chwili przekomarzania, małej furii w ktorą wpadłem, oni odpuścili i zaczęli iść w swoją stronę (aha i trzeba nadmienić że byliśmy z Grześkiem tak porządnie załatwieni) My poszliśmy w tą samą stronę co oni i tak się złożyło że obaj mieliśmy telefony w dłoniach. No cóż, mały wredny to zauważył(widocznie źle mu się skojarzyło) i kopie mnie jakoś tak z rozpędu i wyskoku.
(przepraszam, bardzo lubie w książkach sceny batalistyczne)
No to się zaczęło – czas zwalnia. Mały wredny raz mnie nie trafił na co ja go trafiłem dwa razy (choć chyba raz wystarczył) Grześkowi w tym czasie spadły okulary więc się czołgał i ich szukał (nikt go nie tknął).
W czasie gdy ten mniejszy już leciał na ziemie, dostałem butelką od tego dużego (szlag!)
Był rozpędzony, złapał mnie za ramie, rozbił i szarpnął żebym się wywalił. Ja poczułem rozpryskujące si.ę szkło na twarzy i zobaczyłem jakieś mignięcie, zrobiłem pełny obrot na jednej nodze żeby nie upaść od silnego impetu.
Grzesiek usłyszał tłuczone szkło i krzyknął: Policja! Tamtych trzech, słysząc to magiczne słowo zaczęło spieprzać zygzakiem. Ja podszedłem do Grzesia cały mokry od tego piwa. Stwierdziłem że to jednak na mnie rozbite i zacząłem podejrzewać, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Doczłapaliśmy do domu Grześka, obudzona w środku nocy Dagna wysłuchała nieprzytomnie naszej żarliwej opowieści.
Obejrzeliśmy dokładnie moją twarz i pojechałem do domu spać( nic mi się nie stało, nawet zadrapania, tylko maly siniak na skroni)
Zastanawiam się czasem, jakim trzeba być skurwysynem, żeby bić pierwszych lepszych ludzi spotkanych na ulicy. Bo to nie byli jacyś bardzo waleczni kolesie, oni bazowali na strachu ofiary- chcieli się poznęcać. A gdy się postawić to odpuszczają i robią groźne miny.
I co trzeba sobie myśleć, żeby podbiec do kogoś kto się broni, i po prostu rozbić mu butelkę na twarzy. Ja nie wiem, może chciał mnie okaleczyć, bo zabić chyba nie. Ale stać mogło się wszystko.
Miałem szczęście? Miałem.
I tak się zaczął wyjazd.
Na drugi dzień skacowany jechałem do Warszawy i z powrotem po aparat, który padł tydzień wcześniej. To też ciekawe- zepsuła mi się migawka po 130 000 tys zdjęć (gwarancja obejmuje 100 000, czyli miała prawo się zepsuć) W słynnym serwisie na Żytniej 15, fachowcy wyliczyli ze zrobiłem tylko 30 tys i naprawa za darmo :)
Wróciłem z Warszawy, spakowałem się do końca i jakoś po północy miałem pociąg do Piwnicznej Zdroju. Obawiałem się jechać w nocy(w Polsce) choć jak się okazało jeden wagon był przerobiony tak, żeby można było wstawić i przypiąć rower. W pierwszym przedziale spała jakaś dziewczyna. Nie miała zbyt sympatycznej miny, ale podziwiałem ją za odwagę, że jeździ sama nocnym pociągiem (w Polsce) i śpi nawet. Jakoś tak nawiązała się senna rozmowa – dziewczyna jechała w góry Ałtaj i do Mongolii (ehh)
Rano zacząłem jechać. Szło ciężko, cały dzień upierdliwie padało. Niewdrożony, niewystpany, nierozruszany, pełen obaw i jakiejś nieuzasadnionej niepewności – jadę.

Tak to jest z tym strachem, trwa jakiś dzień i tak naprawdę nie jest to uczucie racjonalne. Po prostu wiąże się z tym, że musisz wziąć sprawy w swoje ręce i zostajesz z tym sam. Takie przestawienie w inny tryb. Teraz ty tu rządzisz i podejmujesz decyzje. Niepokój jest Twoim towarzyszem, bo to dopiero początek. A musisz sam dbać o obrót wszystkich szczegółów.
Dzień tak czy inaczej, był ciężki, bardzo dużo podjazdów mało zjazdów (na jednym zjeździe jechalem 87km/h), drogi szybkiego ruchu, jeden podjazd miał 17% nachylenia i ciągnął się 11km. Jadąc jedną drogą, która potem zamieniła się w autostradę kilka razy o mały włos nie wpadłem do betonowego rowu.
Rower był załadowany do oporu, pobocze bardzo wąskie (20cm białego pasa ruchu i jakieś 5cm asfaltu, a potem już tylko rów) Wielkie ciężarówki mnie mijały i uderzała we mnie ściana powietrza, rower był tak załadowany że zaczynał falować, wyginać się – ja mocno trzymałem kierownicę, a tylnie sakwy przy podmuchu powietrza ściągały mnie do rowu. Ciężka sprawa. Przy drodze leżało dużo martwych zwierząt, część już w stanie rozkładu. Mało optymistyczny smród padliny.

Spałem na przełęczy jakieś 1500npm, noc spokojna i wilgotna. Rano przez chwile była dobra pogoda i zdążyłem wysuszyć rzeczy. Następnie zjechałem z przełęczy i zacząłem uciekać przed potężną burzą. Miałem 40km do Preszowa, skąd w razie czego mogłem podjechać pociągiem. Był to rejon gdzie było bardzo dużo cygańskich wiosek, wątpie żeby cyganie mieli prawojazdy. Z tego jak jeździli wnioskuje, ze nieznane im były zasady ruchu drogowego. Dwa razy zjezdzałem do rowu ratując sie przed zderzeniem czołowym.

„Dojechałem te 40 pod silny wiatr, goniła mnie burza. Teraz siedzę na dworcu na dużej marmurowej sali pod ziemia. Jest chłodno i słychać głośno każdy szmer. Na ławce obok mnie siedzi młoda para, ubrana jak do ślubu. Dobrze się tu czuję.
Na zewnątrz grzmi groźnie. Wybrałem drogę kolejową do Koszyc, czyli jakieś 40km. Nie lubię jechać w deszczu, nie w takim. Co do mojej drogi przez Słowację, to wybrałem ją w głupi sposób. Jechałem przez największe wzniesienia, ciągle padało, a drogi były złe.
Powoli łapie już jakiś luz wewnętrzny”

xxx
„Jutro rano pojadę do Miskolca i spróbuje pociągiem na drugi koniec Węgier. Mimo że wcześniej mało jeździłem, to teraz mam sporo siły, tylko mój umysł jest jakiś lewy. Nie myśle zbyt logicznie, wszystko jest jakieś senne i nierzeczywiste”
xxx
„Pierwsze spotkanie z lustrem od 3 dni wprawiło mnie w lekki szok. skłopotany wróciłem na chwilę do rzeczywistości”
xxx
Koszyce
„Wjechałem do tego wielkiego acz ładnego miasta na południu Słowacji i od razu zacząłem szukać sklepu takiego, żeby móc zostawić rower, kupić długie spodnie (poprzednie spodnie porwałem wczoraj) i klocki hamulcowe. Sklep znalazłem ale nie mogłem nigdzie zostawić roweru. Jakaś pani, znajoma innej pani z ochrony, zaofiarowała się ze popilnuje mojego wielkiego bicykla. Ubrań nie znalazłem a sportowe rzeczy były gdzieś w cholere na innym piętrze. Korzystając z okazji kupiłem kilka jabłek i jakiś mizerny pasztet. Biegałem po sklepie w śliskich sandałach, pani się długo naczekała ale była bardzo miła mimo to. Następnie wychodzę z tego sklepu i spotykam kolarza, który mówi że wszystkie sklepy rowerowe są „zatwarene” i że trzeba iść na 3 piętro. Popilnował mi roweru, (dwa ryzykowne posunięcia!) Ale było ok, tzn kupiłem klocki hamulcowe – choć w efekcie nie pasowały :)
Następnie wyjeżdżając z Koszyc złapałem gume, miałem awarie łańcucha i korby, oraz urwaną szprychę – naraz. Zatrzymało mnie to na troche, łańcuch rozmemłałem palcami, korbe naprostowałem wielkim kamieniem, i szpryche nawet zmieniłem sam – pierwszy raz w życiu się do tego zabierałem. Akurat po złapaniu gumy na tym zadupiu, znowu spotkałem wesołą panią, która wcześniej pilnowała mi roweru:) „ahoj reporter, ahoj reporter” pomachała mi jeszcze raz i poszła w nieokreślonym kierunku.
Ja potem dowlokłem się jeszcze 60km pod Miskolc na Węgrzech, szukając niezdarnie noclegu”

Jechałem, jechałem a teren z górzystego stawał się – pagórkowaty – płaski – i dramatycznie płaski
tam gdzie chciałem szukać noclegu było płasko i wiejskie, węgierskie chłopaki jeździły na motorynkach.
Nie było gdzie iść. W końcu po 10 km znalazłem jakieś wzniesienie i targam pod nie rower. Ziemia była mokra, lepka i było w niej dużo gliny. Od razu przyczepiła mi się do koła zasyfiając hamulce, błotniki, sakwy i mnie. Zmęczony i zły taszczę rower pod tą łagodną górkę już dłuższy czas (rower sam hamuje od błota a ja się ślizgam)
I co? Zza górki wyjeżdża kolejna pielgrzymka chłopaczków na motorach i z pouczepianymi dziewczętami i przyglądają mi się jak wariatowi. Nie mogę tu spać.
Memląc przekleństwa jade z powrotem przez to cholerne błocko z gliną.
Następna dróżka kilka km dalej była ok, i nocuje schowany za małym domkiem przy skromnej winorośli. Przed snem jeszcze raz prostuje kamieniem korbę w rowerze – skrzywiła mi się chyba przy wysiadaniu z pociągu.

xxx



a tu jeszcze z malego obrazka skany. tez trix 1600
to jest juz takie meczenie tematu i powielanie tych samych kadrow, ale potrzebuje go zmeczyc od nowa na negatywach. Do tej genialnej szkoly trzeba przeziez na negatywach. przyznam sie ze teraz sam juz wole te pociagi z negatywow. Juz mam z tego calkiem sporo materiału, bede cos skladal z tych zdjec i dzwiekow. W szkole pewnien wykladowca powiedzial, ze on chce zdjecie z twarza jednego z graficiarzy, i zdjecie z elementem ryzyka tzn. jak nas gonia a my uciekamy. trudno cos dodac.


Jeszcze troche stadionu
niektore miejca z tych zdjec juz nie istnieją
robilem to srednim formatem na negatywach agfa iso 50, przeterminowanych 12 lat
dlatego kolory takie
dobrze mi sie robi srednim






Życie w rozpadzie
Zawsze tak mam w życiu, że gdy w obcym mieście ide w dowolnym kierunku, to trafiam w największe slumsy.
Tak też było w Belgradzie.
Wyjechałem z centrum, chcąc zwiedzić miasto i znaleźć jakis tani sklep. Po zakupach, na jakimś zapadłym blokowiskowym osiedlu, jadę sobie przed siebie i napotykam to własnie miejsce. Trudno coś dodać. Mamy coś w rodzaju wysypiska śmieci i ludzi którzy owe śmieci, obracają w pieniądz. Kupić można wszystko i jeszcze więcej. Chodziłem sobie, z rowerem w lewej ręce i aparatem w prawej.Tu rzucali kamieniami, tam chceli pożyczyć rower na zawsze, a jeszcze gdzie indziej pozdrawiali mnie i było miło. Rower potrafi być naprawdę upierdliwy gdy sie jest w takim miejscu i na dodatek robi zdjecia.
Kawałek od tego miejsca, mijałem wielką wioskę cygańską (w środku miasta). Olbrzymia połać terenu, porośnięta chaszczami i pobudowane śmieciowe domki. Mysle że spokojnie 10 000ludzi moze tam mieszkac. Między szałasami wylegują się wielkie cygańskie mamy, dzieci bawię się w śmieciach a młodzi cygańscy mężczyźni ganiają młode cygańskie mamy. W korku między samochodami biega mały chłopiec i wącha klej.
Sielanka.











Szachiści z Keleti
Setki ludzi z roznych krajów w stresie, wszechogarniajacy gwar, cyganie co handlują czym sie da, ktos biegnie, ktos na kogos krzyczy, glosne komunikaty po wegiersku, obadaj terej kirył biniazor, a w samym srodku tego burdelu ludzie przyszli i graja w szachy. Lubie Keleti i Budapeszt
Jestem w filmowce na niestacjonarnych



Pierwsze i drugie analogowe
Dużo bardzo rzeczy mam do zrobienia, dużo i robie.
Niedługo chyba będę miał wystawe



Wrócilismy
Kilka dni na pielgrzymce, potem w Budapeszcie, Chorwacji, Bosni i ze dwa dni w Serbii.
Pod koniec zachorowalismy ostro na brzuch i bylo niewesoło
Teraz człowiek wraca i do roboty..
Mieszkam juz na stałe w Warszawie. Spora zmiana ktora jeszcze nie dotarła
Dobra, biore sie za te zdjecia
Teraz kilka z pielgrzymki. Postaram sie jakos szybko wrzucic wszystko na jakas picasse, zeby sobie ludzie posciagali co chca. Szczegolne zyczenia na maila.














































































7 comments