#Notatnik

Joga i ja

Posted in Joga, Słowa / Words by ja on October 30, 2017

Dzisiaj trochę opowieści o początkach w praktyce Jogi.
Zawsze było u mnie dużo sportu – Aikido w dzieciństwie, potem deskorolka przez prawie 12 lat, kilka lat biegania, kawałek drogi przejechany w rowerowych podróżach i Capoeira w trakcie której ostatecznie wybiłem bark. Wydawało mi się że mam krzepę i jestem nieźle rozciągnięty – ta joga nie jest chyba taka trudna – myślałem.

Z pierwszej sesji w szkole Jogi najbardziej zapamiętałem pozycję psa z głową w dół – którą utrzymywaliśmy przez dłuższą chwilę. Wydawało się to łatwe, opieram się na rękach i nogach, pośladki do góry, głowa luźno – łatwizna :) Po jakimś czasie jednak zaczęły trząść mi się nogi, potem ręce. Chwilę później z czoła kapie strużka potu i trzęsę się już cały. Wszystkie moje mięśnie dygoczą i ciężko dyszę w tej prostej pozycji. Ukradkiem patrzę na panią obok mnie – miała dobrze po pięćdziesiątce, chudziutka, drobna. Utrzymywała pozycję stabilnie i miękko, oddychała lekko. Szczerze mówiąc wyglądała bardziej jakby odpoczywała i czuła ulgę.
Uderzył mnie ten kontrast między nami. W pewien sposób zrozumiałem że siła-sile nierówna. Zachodzi tu coś więcej niż sama gimnastyka i ćwiczenia. Siła mięśni w wysiłku jest czymś innym niż siła płynąca z całego ciała, równowagi, koncentracji i oddechu.

Zacząłem praktykować jogę. Była późna jesień 2013, mieszkałem sam, zaczynałem pisać pracę magisterską. To był fantastyczny i żywotny czas (wpis Zima – lubię do niego wracać). Moje życie składało się z pisania o archetypowej metaforze drogi w życiu i fotografii, chodzenia po lesie, żywiołowej jazdy na rowerze i Jogi co najmniej raz dziennie.

Po miesiącu zauważyłem dużą różnicę w głębokości oddechu. Pojawiło się więcej spokojnej codziennej koncentracji, poprawił się sen, czułem że też poruszam się płynniej i bardziej świadomie. Zniknął jakikolwiek ból czy napięcia w plecach. Pojawił się też rodzaj intuicji wobec kiepskiego jedzenia i alkoholu – zaczęło mnie odpychać. (zostało do teraz) Na wiosnę poszedłem na basen po kilkuletniej przerwie i pierwszy raz w życiu po prostu przepłynąłem kilometr.

Joga była dla mnie czymś prostym, dostępnym na co dzień i bardzo praktycznym. Czymś co sprawia że lepiej funkcjonuję.
Od samego początku złapałem fajny rezonans. Przysłuchiwałem się w sposób jaki nauczyciele tłumaczą i opisują praktykę. Od zawsze lubiłem poznawać anatomie i mechanikę ciała. Czułem że jest tam jeszcze wiele, wiele więcej do zgłębienia, ale w mojej percepcji wydawało się bardzo odległe i wręcz nieosiągalne.

Latem następnego roku, po obronie dyplomu w szkole filmowej, wyjechałem na kilka miesięcy do pracy w Anglii. Cały czas praktykowałem Jogę. Na początku pracowałem w magazynie, gdzie robiłem spokojnie między 20-25km dziennie na piechotę, pchając i ciągnąc wózek z paczkami a pod koniec dnia załadowywałem przyczepę tira paczkami po 30kg – pod sufit. Tak wyglądały pierwsze 3 tygodnie. Na prawdę kiepska i ciężka robota, byłem jednak porządnie zmotywowany. Zbierałem na pierwszą podróż do Peru. Codziennie wstawałem o 4-50 zaczynałem dzień od Jogi aby rozgrzać stawy i wzmocnić kręgosłup, potem wskakiwałem na rower i szybka teleportacja 8 km do pracy. Dzień kończyłem kilkoma wyciszającymi pozycjami.
Myślę że bez Jogi nie dałbym wtedy rady, mogło by się skończyć przeciążeniami stawów albo kontuzją. Najzabawniejsze było to, że wedle regulaminu nie powinienem dźwigać sam niczego powyżej 25kg. Z jednej więc strony przełożona wymagała od pracowników dźwigania trampolin i samochodów elektrycznych – ale żeby to wszystko funkcjonowało musieliśmy się z tym ukrywać przed panią szefową zmiany – bo można było wylecieć. Taka zabawa w kotka i myszkę – wszyscy o wszystkim wiedzieli – ale każdy miał wykonywać swoje zadanie. To było trudne, ale też i bardzo pouczające kilka miesięcy.

Po 3,5 miesiącach pracy wyruszyłem w końcu w podróż, pojechałem na trochę Francji i na chwilę do Polski, a potem już Peru, Boliwia, Portugalia, Litwa, Słowacja, Polska, USA, Kolumbia, Ekwador, znowu Peru, Polska i tak minęły dwa lata. W międzyczasie dużo się wydarzyło. Spotkałem Kingę. Odkryłem medytację. Zacząłem pracę Kambo. Miałem wiele doświadczeń z roślinnymi lekarstwami Amazonii i Andów. Najważniejsze wydają się dwa piętnastodniowe odosobnienia – czyli diety z konkretną rośliną (master plant diet) Niezwykle głęboki proces samouzdrawiania. W trakcie pojawiło się wiele dalszych drogowskazów i odpowiedzi. Rok później wróciłem do Peru żeby spotkać swojego nauczyciela i odbyć drugą dietę roślinną. Była bardziej intensywna ale też o wiele bardziej świadoma. W jej trakcie stało się dla mnie jasne, że podobnie głęboką podróż w głąb siebie można odbyć po prostu medytując.
Wizje, głębokie stany duchowe są czymś pięknym, niesamowitym i nie do opisania słowami – ale nie są dla mnie celem samym w sobie. Nie też uważam że jest w nich coś złego. Uważam że fundamentalną sprawę stanowią: powód, podejście i sposób w jaki się z nich korzysta. Mogą pomóc jak i zaszkodzić… Mógłbym o tym długo pisać, ale to opowieść o Jodze :)
Doświadczenia płynące z San Pedro, Ayahuaski i diet roślinnych z Marusą i Chiricsanango zrobiły swoje i koniec końców zaprowadziły mnie z powrotem w stronę prostoty medytacji i jogi. Przypomniały o codziennej uważności i bieżącej pracy nad sobą. Bo ceremonie-ceremoniami ale właśnie samo życie jest dla nas najlepszym sprawdzianem.

Wracając do wspomnianej diety w Peru – wiele wydarzeń i wizji w jej trakcie pochodziło lub było związane ze wschodnią duchowością. Poczułem że w końcu przyszedł czas żeby odwiedzić Indie, Nepal i Himalaje. Miałem na oku kilkumiesięczny kurs Jogi . Taki był mniej więcej mój plan w teorii – w praktyce jednak  zostałem Tatą :)
Plany się zmieniły, świat wywrócił się do góry nogami a ja cieszyłem się że zostanę ojcem. Czułem że we właściwym czasie pojawi się możliwość kontynuacji tej ścieżki. A jeśli pojawi się coś innego niż sobie wyobrażałem –  to szkoła życia i jej odpowiedzi są tu gdzie jesteśmy teraz.

Po 1,5 roku w sierpniu 2017, pojechaliśmy już całą rodzinką na czeskie Rainbow. Tam jednego słonecznego dnia sprawy niespodziewanie nabrały obrotu. Na zielonej polanie, siedziało i gawędziło w grupkach kilkadziesiąt osób. W przelotnej rozmowie jedna dziewczyn zapytała czy nie poprowadziłbym jogi. Wiadomo – odpowiedziałem że przecież nie jestem nauczycielem i tak dalej. Przez chwilę się opierałem ale w końcu uległem. Nie miałem planu, zacząłem więc po prostu tłumaczyć najprościej to co znam – tak jak czuję i rozumiem. Szybko straciłem rachubę czasu, pojawił się przyjemny lekki flow – po prostu mówiłem, tłumaczyłem, pokazywałem. Zawsze lubiłem opowiadać o rzeczach z którymi czuję rezonans. Dołączali do nas kolejni ludzie. Zaczęliśmy we trójkę, skończyliśmy po dwóch godzinach w kilkanaście osób. Na końcu ludzie nie kryli zadowolenia, chcieli więcej i pytali kiedy robię kolejny warsztat. Wtedy ocknąłem się błogości i wróciłem do swojego powątpiewania – jak to? Ja? Tak po prostu? Jak to możliwe? Faktycznie przez kolejne dni Rainbow, ilekroć mijałem kogoś z uczestników tamtej jogi, padało pytanie – kiedy znowu joga? I że było super. Trudno było mi w to uwierzyć. Cała sytuacja i moja reakcja w gruncie rzeczy była dość zabawna – dała też do myślenia.

Od jakiegoś czasu częściej zadawałem sobie i przepracowywałem pytania, które pewnie wielu z nas sobie zadaje. Czy można i jak utrzymać rodzinę z pasji? Co takiego sprawia że tracisz poczucie czasu? Co właściwie mógłbyś robić dla samej przyjemności i satysfakcji? Fajnie by było robić coś z głębi serca, czuć w tym żywotny przepływ, rozwijać się i pomagać w tym innym. Co takiego chciałbym robić?

Mam wrażenie że tamtego dnia życie podsunęło odpowiedź – w taki przezabawny sposób. Albo może ta sytuacja odsłoniła coś, co intuicyjnie grało we mnie już wcześniej.

Idea kursu Jogi znowu się pojawiła. Kinga też to poczuła. Zacząłem znowu codziennie praktykować Jogę i medytować. Doszliśmy do wniosku że jeśli miałbym robić kurs – to lepiej zacząć szybko zanim nasza córka zacznie chodzić. I nagle sprawy znowu nabrały szybkiego obrotu. Dwa dni temu, ktoś nam serdeczny usłyszał o tym pomyśle i pojawiła się możliwość pożyczki. Teraz już wiem, że za tydzień będę w Indiach. Tu na razie kończy się moja opowieść :)

Jestem tym wszystkim ciut podekscytowany, bardzo się cieszę i z ciekawością czekam na nową wiedzę. Kilka różnych osób poleciło mi tą samą szkołę w Rishikesh. Zobaczmy jak potoczy się to dalej…

Będę przesyłał zajawki z podróży i dawał znać jak wygląda życie i nauka!

Advertisements
Tagged with: , , , ,

Life definiately goes on!

Posted in Notatnik / Note, Podróż / Travel, Polska / Poland, Słowa / Words by ja on October 26, 2017

Cóż mogę powiedzieć.

W mojej codziennej rzeczywistości partnera i ojca – pojawiają się nowe wyzwania i nowe potrzeby. We wnętrzu dokonują się nowe wybory i stopniowo w życiu pojawiają nowe rozwiązania. Czasem w szumie, chaosie i trudach; a czasem łatwo, lekko i przejrzyście – ale wszystko idzie do przodu. Zwykle trzeba się natrudzić, opuścić znajomą strefę komfortu, podjąć próby i zazwyczaj też popełnić jakieś błędy, żeby “pójść dalej”. Wyjaśniło się kilka takich rzeczy, które od dawna czułem ale nigdy nie podejrzewałem że wydarzą się tak naprawdę i tak szybko :) Cieszy mnie to i zaskakuje zarazem. Czasem dobrze jest trochę zaryzykować, włożyć “rękę do ognia” i zobaczyć co z tego będzie…

Zrobiłem sobie przerwę od pisania tutaj. To była wypadkowa różnych przyczyn: Trochę chciałem odpocząć i przetrawiać intensywną rzeczywistość nie myśląc (choćby i co jakiś czas) o jej  pokazywaniu i nazywaniem słowami. Trochę więc odpuściłem żeby na nowo odnaleźć motywację, sens i środek ciężkości. Jesień to fajny czas, las niesamowicie pachnie, liście spadają, kolory tętnią, grzyby rosną. Uwielbiam jesienne powietrze, zapach ziemi. Natura na chwilę obumiera aby móc odrodzić się na nowo. Jesienią wiele rzeczy się mi się z życiu wyjaśnia. W końcu więc, gdy nieco się wyklarowało poczułem, że znowu coś bym napisał.

Szczerze mówiąc teraz nawet nie wiem od czego miałbym zacząć.

Ojcostwo i cała gama uczuć, przeżyć, obserwacji – coś wspaniałego i można to zrozumieć jedynie przez doświadczenie tego. Natura, góry, cisza, rozmyślania nad świadomością, życiem, wszechświatem, duchowość. Społeczność, znajomi, rodzice, dzieciaki i plemie które razem tworzymy. Praca z ludźmi, praktykowanie Kambo, dwa retreaty które zorganizowałem, poprowadziłem i trochę ku swemu zaskoczeniu – było naprawdę super, wygląda że będę to robił częściej. Piękne czeskie Rainbow, Białe Karpaty, magiczny bukowy las, ludzie drogi, opowieści, muzyka, nowi przyjaciele. Generalnie więcej fotografii, zupełnie na luzie i bez zbędnego zastanawiania się :)

A na końcu joga i medytacja, które stanowią kolejne nowe/stare odpowiedzi i obrany kurs. (Napiszę więcej w następnym wpisie)

 

Paradoksalnie jak na niepokazywanie zdjęć – składając ten wpis odkryłem, że zrobiłem ich tego lata całkiem sporo…

Mam nadzieję że oddają choć odrobinę klimatu, energii, piękna tych miejsc, momentów i ludzi…