#Notatnik

Pierwsze spotkanie z Indiami

Posted in DROGA / THE ROAD, Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Słowa / Words by ja on November 7, 2017

Wczorajszy dzień był długi, męczący i pełen nowych doświadczeń. Gdy dotarłem do Delhi o północy w niedzielę, obawiałem się czy będę w stanie w ogóle odpocząć. Byłem zmęczony i pobudzony jednocześnie. Mając w perspektywie pierwsze zetknięcie z Delhi i całodzienną drogę do Rishikesh, wiedziałem że potrzebuję na kolejny dzień dużo uwagi i trzeźwości umysłu. Udało mi się na szczęście zdrzemnąć na lotnisku.

Nazajutrz rano metro do New Delhi Train Station. Najpierw uderzył mnie wszechobecny smog, przypominający dym albo mgiełkę. Jest po 10 rano, świeci słońce, ale światło nie jest kontrastowe i ostre. Nie też rzucam wyraźnego cienia, podnoszę wzrok i mogę patrzeć na słońce!

Od razu zaczepił mnie taksówkarz naganiacz, rikszarz itp. Ale na spokojnie, bez przesady. Z opowieści mojego Ojca, który był w Indiach 13 lat temu na rowerze, brzmiało to dość ekstremalnie. Sporo ludzi wspominało o naganiaczach i żebrakach w Indiach, to prawda są – ale bez przesady. Nie było to tak intensywne i nachalnie jak na przykład w Maroko. Przekonałem się jednak że uliczni cwaniacy w Delhi działają inaczej niż ci w Maroko czy naganiacze w Peru.

System w Indiach jest skomplikowany, wszędzie panuje hierarchia i rozległa biurokracja. Naciągacze w Indiach są przebierańcami, oszustami którzy udają że pomagają – przynajmniej ja sam takich spotkałem. Na stacji New Delhi nie było już tego dnia biletów do Haridwaru (słyszałem że to się zdarza) Spotkałem przy kasach starszego, oficjalnie ubranego pana, który zaaferował się moją osobą i szczerze chciał mi pomóc – tłumaczył jak działa w Indiach kolej i transport. Na stacji rozgardiasz, lekki smród, hindusi z tobołkami leżą na ziemi, tu i ów grupki biednych. A tu elegancki człowiek (zapewne pracownik kolei) chce mi pomóc i ma jakieś informacje. Powiedział że aby dostać się do Haridwaru a potem Rishikesh, muszę pojechać do oficjalnego biura turist center – gdzie znajdą mi autobus. Był na prawdę przekonujący i pewny siebie, powiedziałbym wręcz – dobrotliwy. Zaprowadził mnie na dół przed stację – co mnie zdziwiło, od razu spotkaliśmy jakiegoś kierowcę, co znowu subtelnie mnie zdziwiło, bo wyglądało mało przypadkowo. A kierowca miał swojego tuk-tuka (mororikszę) na samym końcu, osobno za wszystkimi rzędami innych tuk-tuków – kolejna rzecz na którą zwróciłem uwagę.

Jedziemy:

Zawiózł mnie do jakiegoś małego lokalu, gdzie pracowało dwóch młodych – znowu bardzo dobrotliwych, pozytywnych ziomków. Z grubsza wytłumaczyłem gdzie jadę i czego szukam. Weszliśmy na stronę internetową kolei i okazało się że najbliższe wolne miejsce na pociąg do Haridwaru (222km) mam za 7 dni. Jak się potem domyśliłem – ta strona musiała być fałszywa. Potem uroczyście otworzył stronę dworca Kashmiri Gate Bus Station i niby zadzwonił tam, pytając o jakikolwiek autobus dla mnie. Ba, nawet dał mi słuchawkę żebym sam zapytał, rozmówca dobrze mówił po angielsku – dowiedziałem się że najbliższy autobus mam za 4 dni i nic nie da się niestety zrobić. To są Indie, tu jest inaczej niż w reszcie świata, Haridwar i Rishikesh to święte miasta pielgrzymów, teraz jest sezon, dobra pogoda więc wszyscy ciągną do świętych miejsc itp.

Mój nowy poczciwy kumpel, ze smutkiem zaproponował więc jedyną możliwą nadzieję, jedyne rozwiązanie mojego problemu – taksówkę do Rishikesh za 10 500 rupii (600zł) Był tak poczciwy i przekonujący że – na ludzkim poziomie prawie mu uwierzyłem. Ale jego nieskazitelna powłoka pozytywności zaczęła pękać gdy zacząłem zadawać pytania i wychodzić. Zaproponował jeszcze super ostatnią okazję za 7000 rupii.

Odszedłem kilkaset metrów i zagadałem do pierwszego lepszego rikszarza. Za ile na dworzec. Cena była pewnie – podwójna albo potrójna, nie wiem dokładnie. Opornie stargowałem do połowy i wtedy usłyszał nas inny rikszarz -nieco bardziej rozgarnięty. Powiedział że biuro które odwiedziłem było fałszywe. Miło było to usłyszeć – rokowania na chwilę przesunęły się w stronę jakiegoś konkretu. Może w końcu spotkałem kogoś kto mówi prawdę? Pokazał mi na mapie oficjalne turist center, tym razem na prawdę takie – “na prawdę” – ok, skoro to tak blisko, a dworzec daleko – spróbujmy. Pojechaliśmy we trójkę (ciekawe czemu) ten rozgarnięty zapytał po drodze gdzie spałem i ile ode mnie chcieli za podróż w tym pierwszym “biurze”.
W drugim “biurze” było podobnie jak pierwszym, tylko większy lokal, więcej pracowników, starsi – mniej kumpelscy zaś nieco bardziej wyniośli. Znowu sympatyczny small talk, mały żarcik i teatrzyk ze sprawdzaniem pociągów. Potem sprawdzanie autobusów – tym razem bez pokazywania mi monitora i dawania do ręki słuchawki. Oczywiście zaproponował mi taxi ale już za 6000 – rikszarz zapewne podał im poprzednią cenę więc próbowali dalej. Kiedy odmówiłem padła propozycja autobusu nocnego za 2500 rupii. Nadstawiłem uszu i zacząłem zadawać pytania prosto z mostu. Zapytałem czy jego agencja dolicza prowizję do tej ceny, bo wiem że ceny są o wiele niższe.
Zapytałem jak człowiek-człowieka, oczekując szczerej odpowiedzi – chciałem sprawdzić jak daleko to się posunie i czy w końcu powie prawdę. Najpierw zwodził, potem zaczął zmieniać temat, poganiać mnie itp. Gdy zwróciłem uwagę że 3 razy zadaję pytanie a on nie odpowiada – niby oburzony, powiedział że nie nic doliczają ale mówił już ściszonym głosem – bez śladu wcześniejszej wyniosłości i siły. Poprosiłem więc żeby pokazał mi monitor skoro to oficjalna cena. Był święcie oburzony moim bezczelnym brakiem zaufania oddał mi paszport i powiedział że w taki sposób nie zrobimy interesów. Teraz to już nie sprzeda mi biletu nawet jakbym chciał…

Dziwne uczucie, przyjechałem do tego miasta i wszyscy mnie kłamią. W dodatku robią to całkiem dobrze i z głębokim przekonaniem o swej racji.
Po wielu latach podróżowania cwaniaka/oszusta w Maroko czy Ameryce Południowej czuję przez skórę. W Indiach, jest inaczej. Spotykam miłego człowieka, a on bezlitośnie,  z nieludzkim realizmem i szerokim uśmiechem – chce mnie oszukać. Wciska mi całą fałszywą historię, licząc na moją niewiedzę i naiwność.

Wziąłem kolejną motorikszę na dworzec – oczywiście nie było tak daleko jak mówili :) Pod dworcem przy rikszy od razu pojawił się serdeczny pomocnik i zamienił kilka informacji z kierowcą. Zapłaciłem, odwróciłem się na pięcie i poszedłem na dworzec. Okazało się że za 15 minut mam autobus go Haridwaru za 400 rupii ~ 20zł.
Gdybym był bogaty albo bardzo naiwny zapłaciłbym 600zł zamiast 20. Ciekawe ilu ludzi dziennie wpada w sieć szajki fałszywych biur “informacji turystycznej”, “pomocnych” starszych panów i ich rikszarzy.

Wiele się tego dnia nauczyłem.

Podróż do Haridwaru była długa i męcząca. Zamiast przejrzystego powietrza świat spowijała ni to mgła – ni to dym. Kilometr za kilometrem, cały czas, całą trasę dym w kolorze kawy z mlekiem zamiast powietrza. Widoczność na kilkaset metrów. Byłem zmęczony trzecim dniem podróży i dwiema nocami na lotniskach. Czułem się nieswojo, było mi duszno. Widok biedy, śmieci, zanieczyszczenia, setek trąbiących rozlatujących się samochodów wzbudzał mieszane uczucia. Z jednej strony myślałem o szczęściu – jakim jest w pewnym sensie mieszkanie w Europie, Polsce. W moim zmęczonym umyśle pojawiały się jednak pytania i silne wątpliwości – co ja tu robię? Czy na prawdę warto było jechać taki kawał świata?

W pewnym momencie zobaczyłem przy drodze świątynię, mignął mi znajomy znak sri yantry. Te kształty były piękne, naturalnie przyjemne dla oka – zupełnie inaczej niż świątynie które znam z Polski.
Kilka chwil później sobie przypomniałem. Jadę bo przecież od dawna szukam głębszego znaczenia. Kontaktu z dawną mądrością, wiedzą, tradycją pokoleń – w jej żywotnej prostocie, u jej źródła. W miejscu gdzie wciąż jest żywa. Podobnie jak w Amazonii i Andach. Są jeszcze miejsca gdzie można dotrzeć i czerpać z dawnej mądrości.

Dojechałem po zmroku i od razu złapałem kolejny autobus do Rishikesh. Kolejne 20km, kolejna godzina drogi albo i  więcej. W Rishikesh gdy wjeżdżaliśmy na dworzec – już biegli do nas rikszarze. Właściwie to do mnie bo jestem tu jedynym białym. 350rupii za ostatnie 5km. haha, no to ja wole na piechotę. 200m dalej spotykam rikszarza który za 100 rupii wziął mnie i spotkanego japończyka. Dotarłem do miasta, doszedłem do mostu wiszącego nad Gangesem, było pusto i cicho. Zawiał chłodny kojący wiatr. Głęboki oddech, spojrzenie na górzyste miasto u podnóża Himalajów, pełne świateł ashramów i świątyń. Dobrze już być na miejscu.

Gdzieś nad Afganistanem.

Delhi. ps. później okazało się że dym o którym pisałem to nie smog, tylko efekt specyficznego klimatu.

Księżyc w pełni i niebo nad Moskwą.

Most Laxman Juhla Rishikesh, Indie.

Advertisements
Tagged with: , , , , , ,

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: