#Notatnik

Praca wre!

Posted in Joga, Notatnik / Note by ja on November 18, 2017

Hello!

Kilka zdjęć ze spontanicznego wypadu na wschód słońca 30km w głąb Himalajów.

Ostatnimi dni jest tak intensywnie że nie mam wiele czasu na nic innego poza zajęciami, spaniem i ewentualnym odpoczynkiem. Każda minuta musi być wykorzystana. Wiedza i praktyka pochłaniają tyle energii, że ciężko mi wykrzesać z siebie elokwentną ekspresję.

W kursie uczestniczy dużo ludzi z odległych zakątków Rosji, kilka osób z zachodniej Europy, Australii, Korei, Meksyku. Zbieranina ludzi którym joga na różne sposoby pomogła zdrowotnie i poczuli że chcieli by więcej. Jednym pomogła na depresję czy kontuzje, inni rzucili prace żeby robić w końcu to co lubią. Trenerzy sportowi, terapeuci, którzy odkryli że poza cielesną stroną i fizyczną stroną – tkwi w człowieku jeszcze coś.

Mieszkam na przykład z Australijczykiem 25l. który studiował astrofizykę i matematykę jednocześnie. Potem uczył w szkole – aż do czasu kiedy odbył pierwszą Vipassanę (10-dniowy kurs medytacji w milczeniu) Potem wszystko się zmieniło, odbył łącznie 6 kursów Vipassany i 3 podobne, no i w końcu trafił tutaj. Ciekawe towarzystwo.

Kilka myśli nt. kursu:

Mamy zajęcia od 6 do 18-19 m.in. z biomechaniki (mechanizmy i zależności w działaniu układu kostno-mięśniowego) anatomii, metodologii nauczania, pranajamy (ćwiczenia koncentracyjno oddechowe), historii i filozofii z filozofem. Dwa – a czasem trzy razy dziennie praktykujemy Jogę. Co drugi dzień robimy zbiorową medytację. Kurs dopiero się zaczął a już dostaliśmy kawał rozległej wiedzy. Zaczęliśmy już nauczać samych siebie, zbierać i dawać drobiazgowy feedback. Fajna sprawa.

Fajne jest to, że jest to wiedza praktyczna i logiczna. Im dalej w las tym więcej drzew – dopiero tutaj widzę jak na wiele nieoczywistych sposobów joga może być przyczyną problemów ze stawami i kręgosłupem. Im więcej anatomii i własnej praktyki tym bliżej do zrozumienia biomechaniki ciała. Do tego dochodzi potężna ilość metodologii nauczania, terminologii, zadanych sekwencji i asan, które już my mamy w przejrzysty i przede wszystkim bezpieczny sposób przekazać. Fajny trening interpersonalny przy okazji.

Wiem już dlaczego po praktyce w pierwszej szkole oberwały moje kolana. Trzeba przestrzegać konkretnych zasad – w pewnym sensie nauczyć się stać prawidłowo i zrozumieć na czym polega optymalna dystrybucja ciężaru.

Systematycznie obalane są też różne romantyczne i “historyczne” mity i tabu, mody nt. Jogi. Bardzo fajne podejście konkret – kawa na ławę – wszystko to podane w interesujący, merytoryczny i przejrzysty sposób.

Zapowiada się jeszcze ciekawiej!

Advertisements

Pierwsze spotkanie z Indiami

Posted in DROGA / THE ROAD, Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Słowa / Words by ja on November 7, 2017

Wczorajszy dzień był długi, męczący i pełen nowych doświadczeń. Gdy dotarłem do Delhi o północy w niedzielę, obawiałem się czy będę w stanie w ogóle odpocząć. Byłem zmęczony i pobudzony jednocześnie. Mając w perspektywie pierwsze zetknięcie z Delhi i całodzienną drogę do Rishikesh, wiedziałem że potrzebuję na kolejny dzień dużo uwagi i trzeźwości umysłu. Udało mi się na szczęście zdrzemnąć na lotnisku.

Nazajutrz rano metro do New Delhi Train Station. Najpierw uderzył mnie wszechobecny smog, przypominający dym albo mgiełkę. Jest po 10 rano, świeci słońce, ale światło nie jest kontrastowe i ostre. Nie też rzucam wyraźnego cienia, podnoszę wzrok i mogę patrzeć na słońce!

Od razu zaczepił mnie taksówkarz naganiacz, rikszarz itp. Ale na spokojnie, bez przesady. Z opowieści mojego Ojca, który był w Indiach 13 lat temu na rowerze, brzmiało to dość ekstremalnie. Sporo ludzi wspominało o naganiaczach i żebrakach w Indiach, to prawda są – ale bez przesady. Nie było to tak intensywne i nachalnie jak na przykład w Maroko. Przekonałem się jednak że uliczni cwaniacy w Delhi działają inaczej niż ci w Maroko czy naganiacze w Peru.

System w Indiach jest skomplikowany, wszędzie panuje hierarchia i rozległa biurokracja. Naciągacze w Indiach są przebierańcami, oszustami którzy udają że pomagają – przynajmniej ja sam takich spotkałem. Na stacji New Delhi nie było już tego dnia biletów do Haridwaru (słyszałem że to się zdarza) Spotkałem przy kasach starszego, oficjalnie ubranego pana, który zaaferował się moją osobą i szczerze chciał mi pomóc – tłumaczył jak działa w Indiach kolej i transport. Na stacji rozgardiasz, lekki smród, hindusi z tobołkami leżą na ziemi, tu i ów grupki biednych. A tu elegancki człowiek (zapewne pracownik kolei) chce mi pomóc i ma jakieś informacje. Powiedział że aby dostać się do Haridwaru a potem Rishikesh, muszę pojechać do oficjalnego biura turist center – gdzie znajdą mi autobus. Był na prawdę przekonujący i pewny siebie, powiedziałbym wręcz – dobrotliwy. Zaprowadził mnie na dół przed stację – co mnie zdziwiło, od razu spotkaliśmy jakiegoś kierowcę, co znowu subtelnie mnie zdziwiło, bo wyglądało mało przypadkowo. A kierowca miał swojego tuk-tuka (mororikszę) na samym końcu, osobno za wszystkimi rzędami innych tuk-tuków – kolejna rzecz na którą zwróciłem uwagę.

Jedziemy:

Zawiózł mnie do jakiegoś małego lokalu, gdzie pracowało dwóch młodych – znowu bardzo dobrotliwych, pozytywnych ziomków. Z grubsza wytłumaczyłem gdzie jadę i czego szukam. Weszliśmy na stronę internetową kolei i okazało się że najbliższe wolne miejsce na pociąg do Haridwaru (222km) mam za 7 dni. Jak się potem domyśliłem – ta strona musiała być fałszywa. Potem uroczyście otworzył stronę dworca Kashmiri Gate Bus Station i niby zadzwonił tam, pytając o jakikolwiek autobus dla mnie. Ba, nawet dał mi słuchawkę żebym sam zapytał, rozmówca dobrze mówił po angielsku – dowiedziałem się że najbliższy autobus mam za 4 dni i nic nie da się niestety zrobić. To są Indie, tu jest inaczej niż w reszcie świata, Haridwar i Rishikesh to święte miasta pielgrzymów, teraz jest sezon, dobra pogoda więc wszyscy ciągną do świętych miejsc itp.

Mój nowy poczciwy kumpel, ze smutkiem zaproponował więc jedyną możliwą nadzieję, jedyne rozwiązanie mojego problemu – taksówkę do Rishikesh za 10 500 rupii (600zł) Był tak poczciwy i przekonujący że – na ludzkim poziomie prawie mu uwierzyłem. Ale jego nieskazitelna powłoka pozytywności zaczęła pękać gdy zacząłem zadawać pytania i wychodzić. Zaproponował jeszcze super ostatnią okazję za 7000 rupii.

Odszedłem kilkaset metrów i zagadałem do pierwszego lepszego rikszarza. Za ile na dworzec. Cena była pewnie – podwójna albo potrójna, nie wiem dokładnie. Opornie stargowałem do połowy i wtedy usłyszał nas inny rikszarz -nieco bardziej rozgarnięty. Powiedział że biuro które odwiedziłem było fałszywe. Miło było to usłyszeć – rokowania na chwilę przesunęły się w stronę jakiegoś konkretu. Może w końcu spotkałem kogoś kto mówi prawdę? Pokazał mi na mapie oficjalne turist center, tym razem na prawdę takie – “na prawdę” – ok, skoro to tak blisko, a dworzec daleko – spróbujmy. Pojechaliśmy we trójkę (ciekawe czemu) ten rozgarnięty zapytał po drodze gdzie spałem i ile ode mnie chcieli za podróż w tym pierwszym “biurze”.
W drugim “biurze” było podobnie jak pierwszym, tylko większy lokal, więcej pracowników, starsi – mniej kumpelscy zaś nieco bardziej wyniośli. Znowu sympatyczny small talk, mały żarcik i teatrzyk ze sprawdzaniem pociągów. Potem sprawdzanie autobusów – tym razem bez pokazywania mi monitora i dawania do ręki słuchawki. Oczywiście zaproponował mi taxi ale już za 6000 – rikszarz zapewne podał im poprzednią cenę więc próbowali dalej. Kiedy odmówiłem padła propozycja autobusu nocnego za 2500 rupii. Nadstawiłem uszu i zacząłem zadawać pytania prosto z mostu. Zapytałem czy jego agencja dolicza prowizję do tej ceny, bo wiem że ceny są o wiele niższe.
Zapytałem jak człowiek-człowieka, oczekując szczerej odpowiedzi – chciałem sprawdzić jak daleko to się posunie i czy w końcu powie prawdę. Najpierw zwodził, potem zaczął zmieniać temat, poganiać mnie itp. Gdy zwróciłem uwagę że 3 razy zadaję pytanie a on nie odpowiada – niby oburzony, powiedział że nie nic doliczają ale mówił już ściszonym głosem – bez śladu wcześniejszej wyniosłości i siły. Poprosiłem więc żeby pokazał mi monitor skoro to oficjalna cena. Był święcie oburzony moim bezczelnym brakiem zaufania oddał mi paszport i powiedział że w taki sposób nie zrobimy interesów. Teraz to już nie sprzeda mi biletu nawet jakbym chciał…

Dziwne uczucie, przyjechałem do tego miasta i wszyscy mnie kłamią. W dodatku robią to całkiem dobrze i z głębokim przekonaniem o swej racji.
Po wielu latach podróżowania cwaniaka/oszusta w Maroko czy Ameryce Południowej czuję przez skórę. W Indiach, jest inaczej. Spotykam miłego człowieka, a on bezlitośnie,  z nieludzkim realizmem i szerokim uśmiechem – chce mnie oszukać. Wciska mi całą fałszywą historię, licząc na moją niewiedzę i naiwność.

Wziąłem kolejną motorikszę na dworzec – oczywiście nie było tak daleko jak mówili :) Pod dworcem przy rikszy od razu pojawił się serdeczny pomocnik i zamienił kilka informacji z kierowcą. Zapłaciłem, odwróciłem się na pięcie i poszedłem na dworzec. Okazało się że za 15 minut mam autobus go Haridwaru za 400 rupii ~ 20zł.
Gdybym był bogaty albo bardzo naiwny zapłaciłbym 600zł zamiast 20. Ciekawe ilu ludzi dziennie wpada w sieć szajki fałszywych biur “informacji turystycznej”, “pomocnych” starszych panów i ich rikszarzy.

Wiele się tego dnia nauczyłem.

Podróż do Haridwaru była długa i męcząca. Zamiast przejrzystego powietrza świat spowijała ni to mgła – ni to dym. Kilometr za kilometrem, cały czas, całą trasę dym w kolorze kawy z mlekiem zamiast powietrza. Widoczność na kilkaset metrów. Byłem zmęczony trzecim dniem podróży i dwiema nocami na lotniskach. Czułem się nieswojo, było mi duszno. Widok biedy, śmieci, zanieczyszczenia, setek trąbiących rozlatujących się samochodów wzbudzał mieszane uczucia. Z jednej strony myślałem o szczęściu – jakim jest w pewnym sensie mieszkanie w Europie, Polsce. W moim zmęczonym umyśle pojawiały się jednak pytania i silne wątpliwości – co ja tu robię? Czy na prawdę warto było jechać taki kawał świata?

W pewnym momencie zobaczyłem przy drodze świątynię, mignął mi znajomy znak sri yantry. Te kształty były piękne, naturalnie przyjemne dla oka – zupełnie inaczej niż świątynie które znam z Polski.
Kilka chwil później sobie przypomniałem. Jadę bo przecież od dawna szukam głębszego znaczenia. Kontaktu z dawną mądrością, wiedzą, tradycją pokoleń – w jej żywotnej prostocie, u jej źródła. W miejscu gdzie wciąż jest żywa. Podobnie jak w Amazonii i Andach. Są jeszcze miejsca gdzie można dotrzeć i czerpać z dawnej mądrości.

Dojechałem po zmroku i od razu złapałem kolejny autobus do Rishikesh. Kolejne 20km, kolejna godzina drogi albo i  więcej. W Rishikesh gdy wjeżdżaliśmy na dworzec – już biegli do nas rikszarze. Właściwie to do mnie bo jestem tu jedynym białym. 350rupii za ostatnie 5km. haha, no to ja wole na piechotę. 200m dalej spotykam rikszarza który za 100 rupii wziął mnie i spotkanego japończyka. Dotarłem do miasta, doszedłem do mostu wiszącego nad Gangesem, było pusto i cicho. Zawiał chłodny kojący wiatr. Głęboki oddech, spojrzenie na górzyste miasto u podnóża Himalajów, pełne świateł ashramów i świątyń. Dobrze już być na miejscu.

Gdzieś nad Afganistanem.

Delhi. ps. później okazało się że dym o którym pisałem to nie smog, tylko efekt specyficznego klimatu.

Księżyc w pełni i niebo nad Moskwą.

Most Laxman Juhla Rishikesh, Indie.

Tagged with: , , , , , ,

W drodze do Indii

Posted in Głowna / Main, Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel by ja on November 4, 2017

Wciąż jeszcze ciut nie dowierzam. Będę dawał znać :) 

Tagged with: , , ,

Joga i ja

Posted in Joga, Słowa / Words by ja on October 30, 2017

Dzisiaj trochę opowieści o początkach w praktyce Jogi.
Zawsze było u mnie dużo sportu – Aikido w dzieciństwie, potem deskorolka przez prawie 12 lat, kilka lat biegania, kawałek drogi przejechany w rowerowych podróżach i Capoeira w trakcie której ostatecznie wybiłem bark. Wydawało mi się że mam krzepę i jestem nieźle rozciągnięty – ta joga nie jest chyba taka trudna – myślałem.

Z pierwszej sesji w szkole Jogi najbardziej zapamiętałem pozycję psa z głową w dół – którą utrzymywaliśmy przez dłuższą chwilę. Wydawało się to łatwe, opieram się na rękach i nogach, pośladki do góry, głowa luźno – łatwizna :) Po jakimś czasie jednak zaczęły trząść mi się nogi, potem ręce. Chwilę później z czoła kapie strużka potu i trzęsę się już cały. Wszystkie moje mięśnie dygoczą i ciężko dyszę w tej prostej pozycji. Ukradkiem patrzę na panią obok mnie – miała dobrze po pięćdziesiątce, chudziutka, drobna. Utrzymywała pozycję stabilnie i miękko, oddychała lekko. Szczerze mówiąc wyglądała bardziej jakby odpoczywała i czuła ulgę.
Uderzył mnie ten kontrast między nami. W pewien sposób zrozumiałem że siła-sile nierówna. Zachodzi tu coś więcej niż sama gimnastyka i ćwiczenia. Siła mięśni w wysiłku jest czymś innym niż siła płynąca z całego ciała, równowagi, koncentracji i oddechu.

Zacząłem praktykować jogę. Była późna jesień 2013, mieszkałem sam, zaczynałem pisać pracę magisterską. To był fantastyczny i żywotny czas (wpis Zima – lubię do niego wracać). Moje życie składało się z pisania o archetypowej metaforze drogi w życiu i fotografii, chodzenia po lesie, żywiołowej jazdy na rowerze i Jogi co najmniej raz dziennie.

Po miesiącu zauważyłem dużą różnicę w głębokości oddechu. Pojawiło się więcej spokojnej codziennej koncentracji, poprawił się sen, czułem że też poruszam się płynniej i bardziej świadomie. Zniknął jakikolwiek ból czy napięcia w plecach. Pojawił się też rodzaj intuicji wobec kiepskiego jedzenia i alkoholu – zaczęło mnie odpychać. (zostało do teraz) Na wiosnę poszedłem na basen po kilkuletniej przerwie i pierwszy raz w życiu po prostu przepłynąłem kilometr.

Joga była dla mnie czymś prostym, dostępnym na co dzień i bardzo praktycznym. Czymś co sprawia że lepiej funkcjonuję.
Od samego początku złapałem fajny rezonans. Przysłuchiwałem się w sposób jaki nauczyciele tłumaczą i opisują praktykę. Od zawsze lubiłem poznawać anatomie i mechanikę ciała. Czułem że jest tam jeszcze wiele, wiele więcej do zgłębienia, ale w mojej percepcji wydawało się bardzo odległe i wręcz nieosiągalne.

Latem następnego roku, po obronie dyplomu w szkole filmowej, wyjechałem na kilka miesięcy do pracy w Anglii. Cały czas praktykowałem Jogę. Na początku pracowałem w magazynie, gdzie robiłem spokojnie między 20-25km dziennie na piechotę, pchając i ciągnąc wózek z paczkami a pod koniec dnia załadowywałem przyczepę tira paczkami po 30kg – pod sufit. Tak wyglądały pierwsze 3 tygodnie. Na prawdę kiepska i ciężka robota, byłem jednak porządnie zmotywowany. Zbierałem na pierwszą podróż do Peru. Codziennie wstawałem o 4-50 zaczynałem dzień od Jogi aby rozgrzać stawy i wzmocnić kręgosłup, potem wskakiwałem na rower i szybka teleportacja 8 km do pracy. Dzień kończyłem kilkoma wyciszającymi pozycjami.
Myślę że bez Jogi nie dałbym wtedy rady, mogło by się skończyć przeciążeniami stawów albo kontuzją. Najzabawniejsze było to, że wedle regulaminu nie powinienem dźwigać sam niczego powyżej 25kg. Z jednej więc strony przełożona wymagała od pracowników dźwigania trampolin i samochodów elektrycznych – ale żeby to wszystko funkcjonowało musieliśmy się z tym ukrywać przed panią szefową zmiany – bo można było wylecieć. Taka zabawa w kotka i myszkę – wszyscy o wszystkim wiedzieli – ale każdy miał wykonywać swoje zadanie. To było trudne, ale też i bardzo pouczające kilka miesięcy.

Po 3,5 miesiącach pracy wyruszyłem w końcu w podróż, pojechałem na trochę Francji i na chwilę do Polski, a potem już Peru, Boliwia, Portugalia, Litwa, Słowacja, Polska, USA, Kolumbia, Ekwador, znowu Peru, Polska i tak minęły dwa lata. W międzyczasie dużo się wydarzyło. Spotkałem Kingę. Odkryłem medytację. Zacząłem pracę Kambo. Miałem wiele doświadczeń z roślinnymi lekarstwami Amazonii i Andów. Najważniejsze wydają się dwa piętnastodniowe odosobnienia – czyli diety z konkretną rośliną (master plant diet) Niezwykle głęboki proces samouzdrawiania. W trakcie pojawiło się wiele dalszych drogowskazów i odpowiedzi. Rok później wróciłem do Peru żeby spotkać swojego nauczyciela i odbyć drugą dietę roślinną. Była bardziej intensywna ale też o wiele bardziej świadoma. W jej trakcie stało się dla mnie jasne, że podobnie głęboką podróż w głąb siebie można odbyć po prostu medytując.
Wizje, głębokie stany duchowe są czymś pięknym, niesamowitym i nie do opisania słowami – ale nie są dla mnie celem samym w sobie. Nie też uważam że jest w nich coś złego. Uważam że fundamentalną sprawę stanowią: powód, podejście i sposób w jaki się z nich korzysta. Mogą pomóc jak i zaszkodzić… Mógłbym o tym długo pisać, ale to opowieść o Jodze :)
Doświadczenia płynące z San Pedro, Ayahuaski i diet roślinnych z Marusą i Chiricsanango zrobiły swoje i koniec końców zaprowadziły mnie z powrotem w stronę prostoty medytacji i jogi. Przypomniały o codziennej uważności i bieżącej pracy nad sobą. Bo ceremonie-ceremoniami ale właśnie samo życie jest dla nas najlepszym sprawdzianem.

Wracając do wspomnianej diety w Peru – wiele wydarzeń i wizji w jej trakcie pochodziło lub było związane ze wschodnią duchowością. Poczułem że w końcu przyszedł czas żeby odwiedzić Indie, Nepal i Himalaje. Miałem na oku kilkumiesięczny kurs Jogi . Taki był mniej więcej mój plan w teorii – w praktyce jednak  zostałem Tatą :)
Plany się zmieniły, świat wywrócił się do góry nogami a ja cieszyłem się że zostanę ojcem. Czułem że we właściwym czasie pojawi się możliwość kontynuacji tej ścieżki. A jeśli pojawi się coś innego niż sobie wyobrażałem –  to szkoła życia i jej odpowiedzi są tu gdzie jesteśmy teraz.

Po 1,5 roku w sierpniu 2017, pojechaliśmy już całą rodzinką na czeskie Rainbow. Tam jednego słonecznego dnia sprawy niespodziewanie nabrały obrotu. Na zielonej polanie, siedziało i gawędziło w grupkach kilkadziesiąt osób. W przelotnej rozmowie jedna dziewczyn zapytała czy nie poprowadziłbym jogi. Wiadomo – odpowiedziałem że przecież nie jestem nauczycielem i tak dalej. Przez chwilę się opierałem ale w końcu uległem. Nie miałem planu, zacząłem więc po prostu tłumaczyć najprościej to co znam – tak jak czuję i rozumiem. Szybko straciłem rachubę czasu, pojawił się przyjemny lekki flow – po prostu mówiłem, tłumaczyłem, pokazywałem. Zawsze lubiłem opowiadać o rzeczach z którymi czuję rezonans. Dołączali do nas kolejni ludzie. Zaczęliśmy we trójkę, skończyliśmy po dwóch godzinach w kilkanaście osób. Na końcu ludzie nie kryli zadowolenia, chcieli więcej i pytali kiedy robię kolejny warsztat. Wtedy ocknąłem się błogości i wróciłem do swojego powątpiewania – jak to? Ja? Tak po prostu? Jak to możliwe? Faktycznie przez kolejne dni Rainbow, ilekroć mijałem kogoś z uczestników tamtej jogi, padało pytanie – kiedy znowu joga? I że było super. Trudno było mi w to uwierzyć. Cała sytuacja i moja reakcja w gruncie rzeczy była dość zabawna – dała też do myślenia.

Od jakiegoś czasu częściej zadawałem sobie i przepracowywałem pytania, które pewnie wielu z nas sobie zadaje. Czy można i jak utrzymać rodzinę z pasji? Co takiego sprawia że tracisz poczucie czasu? Co właściwie mógłbyś robić dla samej przyjemności i satysfakcji? Fajnie by było robić coś z głębi serca, czuć w tym żywotny przepływ, rozwijać się i pomagać w tym innym. Co takiego chciałbym robić?

Mam wrażenie że tamtego dnia życie podsunęło odpowiedź – w taki przezabawny sposób. Albo może ta sytuacja odsłoniła coś, co intuicyjnie grało we mnie już wcześniej.

Idea kursu Jogi znowu się pojawiła. Kinga też to poczuła. Zacząłem znowu codziennie praktykować Jogę i medytować. Doszliśmy do wniosku że jeśli miałbym robić kurs – to lepiej zacząć szybko zanim nasza córka zacznie chodzić. I nagle sprawy znowu nabrały szybkiego obrotu. Dwa dni temu, ktoś nam serdeczny usłyszał o tym pomyśle i pojawiła się możliwość pożyczki. Teraz już wiem, że za tydzień będę w Indiach. Tu na razie kończy się moja opowieść :)

Jestem tym wszystkim ciut podekscytowany, bardzo się cieszę i z ciekawością czekam na nową wiedzę. Kilka różnych osób poleciło mi tą samą szkołę w Rishikesh. Zobaczmy jak potoczy się to dalej…

Będę przesyłał zajawki z podróży i dawał znać jak wygląda życie i nauka!

Tagged with: , , , ,