#Notatnik

Ostatnie dni Kursu Jogi w Indiach

Posted in Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Studia by ja on December 20, 2017

Ufff, mam to już za sobą. Końcówka była najbardziej intensywna z całego kursu. Jako przyszli nauczyciele mieliśmy poprowadzić własne zajęcia. W czasie kursu stopniowo zdawaliśmy 7 egzaminów z naszego uczenia. Po każdym egzaminie dyskusja w kręgu, gdzie każdy uczestnik może podzielić się wrażeniami po “zajęciach” kolegi. Duży proces grupowy na wielu poziomach i spora praca interpersonalna, bo ma się z tymi ludźmi do czynienia przez 5 tygodni od 6 do 19-30.

Oceniane są takie rzeczy jak trafność, spójność, dynamika instrukcji i dawanych korekt, ogólna pewność siebie, samoprezentacja, emisja głosu, kontakt z uczestnikami i wiele innych czynników której trudno byłoby wyodrębnić konkretnymi sformułowaniami.

Uczyłem przez kilka lat fotografii, ale joga to coś zupełnie innego :) W trakcie praktyki jogi, nauczyciel nie daje jedynie suchych i mierzalnych instrukcji anatomicznych. Joga to coś więcej niż gimnastyka. Nauczyciel tworzy pewien rodzaj przestrzeni, dzieli się swoją energią, daje instrukcje, ustawia w pozycji – ale oprócz tego – swoim własnym rozumieniem/czuciem/świadomością pomaga lepiej zrozumieć ciało od szczegółu do ogółu i skierować tam koncentrację. Niektóre pozycje (asany) są trudne do utrzymania – szczególnie te stojące. Wtedy nauczyciel powinien wnieść więcej dynamiki – swoim głosem, intonacją, gestami. Jeśli uczy trudnych pozycji, musi empatyzować się z uczestnikami, nie trzymać ich tam za długo. A to wymaga pełnej koncentracji tu i teraz. Głośno i wyraźnie – trzeba dawać jasne polecenia, obserwować uczestników, wprowadzać poprawki, jednocześnie cały czas pamiętać o upływie czasu i ilości ich oddechów w pozycji. W większości asan stojących, zrobionych prawidłowo – trudno jest długo wytrzymać.

Trzeba więc opanować w małym palcu całą anatomiczną terminologię, biomechaniczne działanie asan, środki bezpieczeństwa, instrukcje werbalne, tendencje, korekty werbalne i manualne – ogólne i szczegółowe. Wszystko po angielsku. Opanowanie tego w stopniu intuicyjnym – czyli rzucanie sensownymi komendami i instrukcjami “w nocy o północy” zajęło trochę czasu. I w nieoczywisty sposób pochłania to wiele więcej energii niż nauka i praktyka w własnym języku.

Na początku było super a pod koniec drugiego tygodnia nieco osłabłem. W procesie przetwarzania tych wszystkich informacji i praktykowania codziennie co najmniej dwa razy – zatarło się wcześniejsze rozumienie jogi. Wszystko to było dużym wyzwaniem i niejednokrotnie stąpaniem blisko granic zmęczenia fizycznego i psychicznego. W ogólnym zmęczeniu, braku światła i ciągłym przebywaniu w pomieszczeniach – topniał mój dystans wobec wątpliwości, zwątpienia i ogólnego pesymizmu – czy to wszystko ma sens. W trakcie dni wolnych – niedziel – cieszyłem się nic nierobieniem i byciem w miejscach mocno nasłonecznionych.

Za to w ostatnim tygodniu na ostatnim egzaminie – siły i flow w końcu powróciły i wszystko zaczęło układać się w sensowną, organiczną całość. Zamknięcie kursu i ostatnie egzaminy poszły mi bardzo dobrze. Jestem mega zadowolony, warto było. Choć momentami był to hardcore.

Do późnej nocy.

I od samego rana.

Structure alignment

Anatomia

Niedzielny widok z małpiego tarasu na drugim końcu Rishikesh.

Zakład fryzjerski.

Urdhva mukha svanasana

Feedback circle

Ram Julha, Ganges

Niedzielny widok na drugim końcu Rishikesh numer dwa :)

Joga Nidra

Metodologia nauczania

Potrzeba słońca.

Niezmordowany towarzysz codziennych zmagań :)

Praktyka własna

Każdy przygotowywał własne zajęcia o innym przeznaczeniu.

Obserwowanie szczegółów anatomii innych uczestników, dobieranie asan i ćwiczeń by poprawić równowagę i symetrię w ciele.

Ostatnie szlify przed ostatnim egzaminem.

Utrwalamy, rysujemy co się rozciąga, co się napina i co-gdzie zmierza.

Analiza dystrybucji ciężaru.

Końcówka

Ostatnie zajęcia.

Historia Jogi

Advertisements

Pierwsze spotkanie z Indiami

Posted in DROGA / THE ROAD, Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Słowa / Words by ja on November 7, 2017

Wczorajszy dzień był długi, męczący i pełen nowych doświadczeń. Gdy dotarłem do Delhi o północy w niedzielę, obawiałem się czy będę w stanie w ogóle odpocząć. Byłem zmęczony i pobudzony jednocześnie. Mając w perspektywie pierwsze zetknięcie z Delhi i całodzienną drogę do Rishikesh, wiedziałem że potrzebuję na kolejny dzień dużo uwagi i trzeźwości umysłu. Udało mi się na szczęście zdrzemnąć na lotnisku.

Nazajutrz rano metro do New Delhi Train Station. Najpierw uderzył mnie wszechobecny smog, przypominający dym albo mgiełkę. Jest po 10 rano, świeci słońce, ale światło nie jest kontrastowe i ostre. Nie też rzucam wyraźnego cienia, podnoszę wzrok i mogę patrzeć na słońce!

Od razu zaczepił mnie taksówkarz naganiacz, rikszarz itp. Ale na spokojnie, bez przesady. Z opowieści mojego Ojca, który był w Indiach 13 lat temu na rowerze, brzmiało to dość ekstremalnie. Sporo ludzi wspominało o naganiaczach i żebrakach w Indiach, to prawda są – ale bez przesady. Nie było to tak intensywne i nachalnie jak na przykład w Maroko. Przekonałem się jednak że uliczni cwaniacy w Delhi działają inaczej niż ci w Maroko czy naganiacze w Peru.

System w Indiach jest skomplikowany, wszędzie panuje hierarchia i rozległa biurokracja. Naciągacze w Indiach są przebierańcami, oszustami którzy udają że pomagają – przynajmniej ja sam takich spotkałem. Na stacji New Delhi nie było już tego dnia biletów do Haridwaru (słyszałem że to się zdarza) Spotkałem przy kasach starszego, oficjalnie ubranego pana, który zaaferował się moją osobą i szczerze chciał mi pomóc – tłumaczył jak działa w Indiach kolej i transport. Na stacji rozgardiasz, lekki smród, hindusi z tobołkami leżą na ziemi, tu i ów grupki biednych. A tu elegancki człowiek (zapewne pracownik kolei) chce mi pomóc i ma jakieś informacje. Powiedział że aby dostać się do Haridwaru a potem Rishikesh, muszę pojechać do oficjalnego biura turist center – gdzie znajdą mi autobus. Był na prawdę przekonujący i pewny siebie, powiedziałbym wręcz – dobrotliwy. Zaprowadził mnie na dół przed stację – co mnie zdziwiło, od razu spotkaliśmy jakiegoś kierowcę, co znowu subtelnie mnie zdziwiło, bo wyglądało mało przypadkowo. A kierowca miał swojego tuk-tuka (mororikszę) na samym końcu, osobno za wszystkimi rzędami innych tuk-tuków – kolejna rzecz na którą zwróciłem uwagę.

Jedziemy:

Zawiózł mnie do jakiegoś małego lokalu, gdzie pracowało dwóch młodych – znowu bardzo dobrotliwych, pozytywnych ziomków. Z grubsza wytłumaczyłem gdzie jadę i czego szukam. Weszliśmy na stronę internetową kolei i okazało się że najbliższe wolne miejsce na pociąg do Haridwaru (222km) mam za 7 dni. Jak się potem domyśliłem – ta strona musiała być fałszywa. Potem uroczyście otworzył stronę dworca Kashmiri Gate Bus Station i niby zadzwonił tam, pytając o jakikolwiek autobus dla mnie. Ba, nawet dał mi słuchawkę żebym sam zapytał, rozmówca dobrze mówił po angielsku – dowiedziałem się że najbliższy autobus mam za 4 dni i nic nie da się niestety zrobić. To są Indie, tu jest inaczej niż w reszcie świata, Haridwar i Rishikesh to święte miasta pielgrzymów, teraz jest sezon, dobra pogoda więc wszyscy ciągną do świętych miejsc itp.

Mój nowy poczciwy kumpel, ze smutkiem zaproponował więc jedyną możliwą nadzieję, jedyne rozwiązanie mojego problemu – taksówkę do Rishikesh za 10 500 rupii (600zł) Był tak poczciwy i przekonujący że – na ludzkim poziomie prawie mu uwierzyłem. Ale jego nieskazitelna powłoka pozytywności zaczęła pękać gdy zacząłem zadawać pytania i wychodzić. Zaproponował jeszcze super ostatnią okazję za 7000 rupii.

Odszedłem kilkaset metrów i zagadałem do pierwszego lepszego rikszarza. Za ile na dworzec. Cena była pewnie – podwójna albo potrójna, nie wiem dokładnie. Opornie stargowałem do połowy i wtedy usłyszał nas inny rikszarz -nieco bardziej rozgarnięty. Powiedział że biuro które odwiedziłem było fałszywe. Miło było to usłyszeć – rokowania na chwilę przesunęły się w stronę jakiegoś konkretu. Może w końcu spotkałem kogoś kto mówi prawdę? Pokazał mi na mapie oficjalne turist center, tym razem na prawdę takie – “na prawdę” – ok, skoro to tak blisko, a dworzec daleko – spróbujmy. Pojechaliśmy we trójkę (ciekawe czemu) ten rozgarnięty zapytał po drodze gdzie spałem i ile ode mnie chcieli za podróż w tym pierwszym “biurze”.
W drugim “biurze” było podobnie jak pierwszym, tylko większy lokal, więcej pracowników, starsi – mniej kumpelscy zaś nieco bardziej wyniośli. Znowu sympatyczny small talk, mały żarcik i teatrzyk ze sprawdzaniem pociągów. Potem sprawdzanie autobusów – tym razem bez pokazywania mi monitora i dawania do ręki słuchawki. Oczywiście zaproponował mi taxi ale już za 6000 – rikszarz zapewne podał im poprzednią cenę więc próbowali dalej. Kiedy odmówiłem padła propozycja autobusu nocnego za 2500 rupii. Nadstawiłem uszu i zacząłem zadawać pytania prosto z mostu. Zapytałem czy jego agencja dolicza prowizję do tej ceny, bo wiem że ceny są o wiele niższe.
Zapytałem jak człowiek-człowieka, oczekując szczerej odpowiedzi – chciałem sprawdzić jak daleko to się posunie i czy w końcu powie prawdę. Najpierw zwodził, potem zaczął zmieniać temat, poganiać mnie itp. Gdy zwróciłem uwagę że 3 razy zadaję pytanie a on nie odpowiada – niby oburzony, powiedział że nie nic doliczają ale mówił już ściszonym głosem – bez śladu wcześniejszej wyniosłości i siły. Poprosiłem więc żeby pokazał mi monitor skoro to oficjalna cena. Był święcie oburzony moim bezczelnym brakiem zaufania oddał mi paszport i powiedział że w taki sposób nie zrobimy interesów. Teraz to już nie sprzeda mi biletu nawet jakbym chciał…

Dziwne uczucie, przyjechałem do tego miasta i wszyscy mnie kłamią. W dodatku robią to całkiem dobrze i z głębokim przekonaniem o swej racji.
Po wielu latach podróżowania cwaniaka/oszusta w Maroko czy Ameryce Południowej czuję przez skórę. W Indiach, jest inaczej. Spotykam miłego człowieka, a on bezlitośnie,  z nieludzkim realizmem i szerokim uśmiechem – chce mnie oszukać. Wciska mi całą fałszywą historię, licząc na moją niewiedzę i naiwność.

Wziąłem kolejną motorikszę na dworzec – oczywiście nie było tak daleko jak mówili :) Pod dworcem przy rikszy od razu pojawił się serdeczny pomocnik i zamienił kilka informacji z kierowcą. Zapłaciłem, odwróciłem się na pięcie i poszedłem na dworzec. Okazało się że za 15 minut mam autobus go Haridwaru za 400 rupii ~ 20zł.
Gdybym był bogaty albo bardzo naiwny zapłaciłbym 600zł zamiast 20. Ciekawe ilu ludzi dziennie wpada w sieć szajki fałszywych biur “informacji turystycznej”, “pomocnych” starszych panów i ich rikszarzy.

Wiele się tego dnia nauczyłem.

Podróż do Haridwaru była długa i męcząca. Zamiast przejrzystego powietrza świat spowijała ni to mgła – ni to dym. Kilometr za kilometrem, cały czas, całą trasę dym w kolorze kawy z mlekiem zamiast powietrza. Widoczność na kilkaset metrów. Byłem zmęczony trzecim dniem podróży i dwiema nocami na lotniskach. Czułem się nieswojo, było mi duszno. Widok biedy, śmieci, zanieczyszczenia, setek trąbiących rozlatujących się samochodów wzbudzał mieszane uczucia. Z jednej strony myślałem o szczęściu – jakim jest w pewnym sensie mieszkanie w Europie, Polsce. W moim zmęczonym umyśle pojawiały się jednak pytania i silne wątpliwości – co ja tu robię? Czy na prawdę warto było jechać taki kawał świata?

W pewnym momencie zobaczyłem przy drodze świątynię, mignął mi znajomy znak sri yantry. Te kształty były piękne, naturalnie przyjemne dla oka – zupełnie inaczej niż świątynie które znam z Polski.
Kilka chwil później sobie przypomniałem. Jadę bo przecież od dawna szukam głębszego znaczenia. Kontaktu z dawną mądrością, wiedzą, tradycją pokoleń – w jej żywotnej prostocie, u jej źródła. W miejscu gdzie wciąż jest żywa. Podobnie jak w Amazonii i Andach. Są jeszcze miejsca gdzie można dotrzeć i czerpać z dawnej mądrości.

Dojechałem po zmroku i od razu złapałem kolejny autobus do Rishikesh. Kolejne 20km, kolejna godzina drogi albo i  więcej. W Rishikesh gdy wjeżdżaliśmy na dworzec – już biegli do nas rikszarze. Właściwie to do mnie bo jestem tu jedynym białym. 350rupii za ostatnie 5km. haha, no to ja wole na piechotę. 200m dalej spotykam rikszarza który za 100 rupii wziął mnie i spotkanego japończyka. Dotarłem do miasta, doszedłem do mostu wiszącego nad Gangesem, było pusto i cicho. Zawiał chłodny kojący wiatr. Głęboki oddech, spojrzenie na górzyste miasto u podnóża Himalajów, pełne świateł ashramów i świątyń. Dobrze już być na miejscu.

Gdzieś nad Afganistanem.

Delhi. ps. później okazało się że dym o którym pisałem to nie smog, tylko efekt specyficznego klimatu.

Księżyc w pełni i niebo nad Moskwą.

Most Laxman Juhla Rishikesh, Indie.

Tagged with: , , , , , ,

W drodze do Indii

Posted in Głowna / Main, Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel by ja on November 4, 2017

Wciąż jeszcze ciut nie dowierzam. Będę dawał znać :) 

Tagged with: , , ,

Life definiately goes on!

Posted in Notatnik / Note, Podróż / Travel, Polska / Poland, Słowa / Words by ja on October 26, 2017

Cóż mogę powiedzieć.

W mojej codziennej rzeczywistości partnera i ojca – pojawiają się nowe wyzwania i nowe potrzeby. We wnętrzu dokonują się nowe wybory i stopniowo w życiu pojawiają nowe rozwiązania. Czasem w szumie, chaosie i trudach; a czasem łatwo, lekko i przejrzyście – ale wszystko idzie do przodu. Zwykle trzeba się natrudzić, opuścić znajomą strefę komfortu, podjąć próby i zazwyczaj też popełnić jakieś błędy, żeby “pójść dalej”. Wyjaśniło się kilka takich rzeczy, które od dawna czułem ale nigdy nie podejrzewałem że wydarzą się tak naprawdę i tak szybko :) Cieszy mnie to i zaskakuje zarazem. Czasem dobrze jest trochę zaryzykować, włożyć “rękę do ognia” i zobaczyć co z tego będzie…

Zrobiłem sobie przerwę od pisania tutaj. To była wypadkowa różnych przyczyn: Trochę chciałem odpocząć i przetrawiać intensywną rzeczywistość nie myśląc (choćby i co jakiś czas) o jej  pokazywaniu i nazywaniem słowami. Trochę więc odpuściłem żeby na nowo odnaleźć motywację, sens i środek ciężkości. Jesień to fajny czas, las niesamowicie pachnie, liście spadają, kolory tętnią, grzyby rosną. Uwielbiam jesienne powietrze, zapach ziemi. Natura na chwilę obumiera aby móc odrodzić się na nowo. Jesienią wiele rzeczy się mi się z życiu wyjaśnia. W końcu więc, gdy nieco się wyklarowało poczułem, że znowu coś bym napisał.

Szczerze mówiąc teraz nawet nie wiem od czego miałbym zacząć.

Ojcostwo i cała gama uczuć, przeżyć, obserwacji – coś wspaniałego i można to zrozumieć jedynie przez doświadczenie tego. Natura, góry, cisza, rozmyślania nad świadomością, życiem, wszechświatem, duchowość. Społeczność, znajomi, rodzice, dzieciaki i plemie które razem tworzymy. Praca z ludźmi, praktykowanie Kambo, dwa retreaty które zorganizowałem, poprowadziłem i trochę ku swemu zaskoczeniu – było naprawdę super, wygląda że będę to robił częściej. Piękne czeskie Rainbow, Białe Karpaty, magiczny bukowy las, ludzie drogi, opowieści, muzyka, nowi przyjaciele. Generalnie więcej fotografii, zupełnie na luzie i bez zbędnego zastanawiania się :)

A na końcu joga i medytacja, które stanowią kolejne nowe/stare odpowiedzi i obrany kurs. (Napiszę więcej w następnym wpisie)

 

Paradoksalnie jak na niepokazywanie zdjęć – składając ten wpis odkryłem, że zrobiłem ich tego lata całkiem sporo…

Mam nadzieję że oddają choć odrobinę klimatu, energii, piękna tych miejsc, momentów i ludzi…