#Notatnik

Another transition 2016 – 2017

Posted in DROGA / THE ROAD, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Słowa / Words by ja on January 5, 2017

2016 Powitaliśmy nad Pacyfikiem w Kalifornii. To był wspaniały rok pełen głębokich doświadczeń, nowych wyzwań. Czuję dużo wdzięczności za doświadczenia i naukę od dżungli. Za nas, za nasz związek, wspólną pracę, które przysparzają dużo radości i spełnienia. Hihi rzecz jasna prócz chwil pięknych i codziennych są też te skłaniające nas do większej pracy nad sobą :) I jedne i drugie są równie cenne. Dziękuję.

2016 Year we greated from Pacific shore in California. It was great year, full of deep experiences and new chalenges. I feel gratitude for deep and healing learning from the jungle. For our relationship and work together, that give a lot of cheerful and fulfilling moments. Hihi, and besides beautiful times there are challenge times that make you working on yourself :) Each of them are equally precious. Thank You.

2017 – Witaliśmy z domu na wsi – gdzie dopiero zamieszkaliśmy. Czekamy na przyjście nowego życia i nowy początek. Wiele przed nami.

2017 We greeted from the house on polish silesian countryside where we’ve just moved. We are waiting for new life to come, and new beginning. A lot is ahead of us.

Zatem nigdy nie wiesz co przyniesie kolejny rok :)
Życzę wam żebyście znaleźli wasze spełnienie, żeby iść przez życie w szczerej zgodzie z sobą.

So you never know what next year will bring :)
I wish you all find your fulfillment, to go through life in peace with your truest self.

Polska

img_9354-edit

img_9367-edit

Kalifornia 2015-2016

_mg_5480-edit

_mg_5439

_mg_5513

_mg_5524

_mg_5538-edit

_mg_5518-edit-2

_mg_5530

Colombia – Ecuador border

15723545_10211771910283002_8747083333135372715_o

Kinga’s birthday, Arco Iris, Amazon Jungle, Peru

13217377_10209551662458194_1909884822510097600_o

In our teepee, Poland

_mg_7675-edit-edit

15492063_10210947579104040_2828307508966436140_n

Advertisements

Dżungla II

A więc kontynuując Pierwszą część po długim czasie w końcu mogę napisać kolejną. To wszystko było zbyt nierzeczywiste do napisania z Europy. Próbowałem, nie wychodziło a czuje że nie powinienem zachowywać tego dla siebie.
Musiałem wrócić do Amazonii, zobaczyć te miejsca, ludzi, od nowa poukładać i uwierzyć. To co się stało, nie było łatwe do udźwignięcia. Dużo naraz jak dla jednej osoby.

Po pamiętnym, pierwszym spotkaniu z Ayahuaska i szamankami Shipibo w Arco Iris. Doświadczeniu w zaswiatach i otrzymaniu czegoś, co cały czas próbuje zrozumieć, rozwijać. Byłem w dziwnym stanie rozedrgania, z trudem składałem myśli i słowa. Pojechalismy z Zacharym do Nauty. Znaliśmy się kilka dni, wszystkie te wydarzenia i nasza znajomość, przybrały bardzo synchroniczna formę. Poziom porozumienia był absurdalny. Kolejne 3 miesiące spędziliśmy razem. Bardzo blizniacza była to przyjaźń.

W Naucie, małym miasteczku położonym nad rzeką Marañon, mieliśmy spędzić kilka dni, a zostaliśmy dwa miesiące.
Nauta to spokojne kameralne miejsce, jest mały bazar, rynek, kafejka gdzie za ścianą pieją koguty.
Słyszałem opowieści o grupie ludzi w miejscu pewnej starszej amerykanki – Diany, która od 20 lat żyje w Peru, ma coś w rodzaju hostelu i wie sporo o roślinach. Zainteresowała nas ich niekomercyjna forma pracy.

image

image

Miejsce składało się z hostelu Diany w wioseczce Santa Rosa i domu w dżungli 2km dalej – gdzie działy się już właściwe rzeczy. Mieszkali tam Henrik z Simone, Tim i dwa psy.

image

Henrik – duńczyk 29 lat, weteran z Afganistanu. Był w służbach specjanych i przeszedł tam przez prawdziwe piekło. Był wysyłany na akcje, gdzie strzelał i zabijał. Po dwóch latach służby wojskowej został ranny odłamkiem granatu. Wpadł w depresję i ciężkie narkotyki. Wojsko i wojna przestała być ratunkiem. Wizja świata zupełnie się rozpadła. Krótki czas po tym wypadku zmarła na raka jego 12 letnia siostra, którą bardzo kochał. To go dobiło. Nie umiał normalnie żyć i nie chciał żyć. Ma zespół stresu pourazowego i poważne problemy. Jakoś tak się złożyło, że znajomy zaciągnął go do Peru. Po serii wzlotów i upadków narkotykami, uchwycił się medycyny roślinnej i zaczął się leczyć. Zbudował dom w dżungli, zaprosił Tima i chciał stworzyć otwarte, niekomercyjne miejsce do pracy z medycyną. Człowiek o naprawdę dobrym sercu, któremu wielu ludzi, wiele zawdzięcza. Właśnie powstaje o nim film. Historia Henrika jest trudna. Zmagania, wzloty i upadki. Mało kto ma wyobrażenie o tym przez co on przechodzi.

image

Simone – 20lat, dunka, była tam razem z Henrikiem, trzymała w ryzach, opiekowała się nim, domem i wszystkim dookoła. Przekochana osoba.

image

Diana – amerykanka 57 lat, z czego ostatnie 20 spędziła w Peru. Najpierw uczyła angielskiego, potem odwiedziła dżunglę i po powrocie miała sen, w którym wąż uwięził ją w swoim uścisku i patrzył w oczy. Peruwianczycy powiedzieli jej ze dokładnie taki sen to wiadomość od duchów, że powinna zamieszkać w dżungli. Tak też zrobiła.

image

Tim – 50lat, anglik. W młodości Punk pokryty tatuażami. Londyńskie lata 80te, burzliwe życie, koncerty, dragi i alkohol. W którymś momencie postanowił wraz z grupka znajomych pojechać busem do Indii. Dojechali aż do Iranu. Na granicy okazało się że ich auto nie ma jakichstam papierów i zostało natychmiast zarekwirowane razem z całą zawartością. Więc z momentu na moment Tim został bez niczego. Był nieco podłamany, nie wiedział co robić i po prostu poszedł przed siebie. Półtora roku wędrował przez pustynie Iranu i Pakistanu. Dotarł w końcu do Indii, gdzie wstąpił na ścieżkę duchową. Nie wiem ile lat tam potem spędził, może około pietnastu. Trzymał się z sadhu, którzy tak jak on, nie mieli nic. Sadhu to ścieżka gdzie odrzuca się dobra doczesne na rzecz dążenia ku oświeceniu. Sadhu wędrują, nauczają a żyją z tego co dostają od spotkanych ludzi. Tak się jakoś stało że Tim z ucznia, został wybrany babą i dano mu pod opiekę 3 ashramy (świątynie). Spędził w Indiach o wiele za długo niż przewidywała jego wiza i teraz już nie może wrócić. Trafił do Kopenhagi i ciąg zbiegów okoliczności zaprowadził go do Peru. Gdy go poznałem – akurat budował sobie dom obok Henrika.

image

James, 34, szkot/kanadyjczyk, wszechstronnie utalentowany muzyk, mówca, malarz, podróżnik, od 7 lat w świecie naturalnej medycyny.

image

Zachary, amerykanin, 27, głęboko w świecie duchowym. Poszukujący swojej drogi. Były deskorolkowiec po szkole filmowej.

Nasze drogi zbiegły się nagle w tym miejscu.
Z Henrikiem i Simone spotkałem się właściwie przypadkiem, bo nie wiedziałem że to oni.
Od razu dobrze się dogadaliśmy. Zostałem na noc w ich domu. Zaraz po tym na drugi dzień okazało się że Henrik gotuje Ayahuaske a ja po kilkugodzinnej znajomości miałem mu w tym pomóc. Wszystko to toczyło się bardzo szybko. Trochę za szybko. Ale myślałem, że widocznie tak ma być.

Gotujemy. Otwarte słońce, gorąco, gryzą nas dziesiątki komarów i końskich much, dym gryzie w oczy. Ognisko pod kotłem nie chce się palić mimo wielu starań. W powietrzu unosi się ciężkość i nieprzejrzysta atmosfera. Coś jakby nie gra. Stwierdzam, że potrzebujemy mniejszych kawałków drewna i przez kolejne – blisko dwie godziny rąbię w tym upale. Lubię pracować z drewnem.

Siekiera jest ogromna, snopy drewna za długie i bardzo wąskie. To nie jest drewno na opał, tylko dżunglowe drewno z amatorskiej wycinki – bardzo twarde i wciąż mokre. Była niedziela karnawałowa 16 lutego 2015. W domu kilka osób gotuje obiad.

Biorę kolejny snop drewna, znowu długi i wąski, ale tym razem suchy, lżejszy i bardziej miękki. Przymierzam się do uderzenia – jak poprzednio dłuższy zamach i uderzam… Ciężka siekiera wchodzi w drewno jak w masło, skęca nieco w prawo, wychodzi z drewna i już wyhamowywana, zatrzymuje się głęboko w mojej stopie. Skóra rozeszła się na obie strony i zobaczyłem równo przecięty pływający mięsien. Krew obficie wsiąkała w ziemię.

image

Byłem spokojny, nie miałem czasu na panikę, zacząłem tamować krew i chciałem okiełznać swoją sytuację. To taki moment, że jeszcze niedowierzasz swoim oczom i nie wiesz co dalej. Nie wiesz co z twoimi kośćmi, nerwami, ścięgnami.. Stopa to bardzo złożony układ. Nie wiesz na przykład, czy będziesz jeszcze kiedyś normalnie chodzić. Wezwalem pomocy podobno tak spokojnym i uprzejmym głosem, że Tim i reszta do dziś się z tego nabijają.

Podobno najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Wszyscy zbiegli się dookoła mnie, ktoś pobiegł zamówić motoriksze, ktoś położył mi dłonie na głowie, ktoś uciskal ranę. Ciepło i wsparcie. Chłopaki zbudowali nosze i zlani potem nieśli mnie we czwórkę 1,5 km, przez mokrą dżunglę ze stromymi śliskimi pagórkami – a nie jestem drobnej budowy.

Jedziemy motoriksza, zapada zmierzch, prześlizgujemy się przez kolorowe światła i odgłosy karnawału w Naucie. Lekarki mają nieciekawe miny. Pytają czy czuje wszystkie palce. Dla mnie to pytanie jest na tyle abstrakcyjne, że sam nie wiem co odpowiedzieć. Jest ze mną Diana i Simone. Lekarki zaglądają w głąb rany, krew cieknie, robię się blady.

image

image

image

Lekarz nie chciała zamknąć rany, miała świetny pomysł, że przez 10 dni będę do nich przyjeżdżał z otwartą raną, a one będą sprawdzać jak goi się mięsień. Potem pojawił się Magno – technik, zobaczył co mam przecięte i po prostu to zoperował. Dziwna sprawa widzieć i czuć swoje ciało szyte od środka. Patrzyłem na wszystko, chciałem wiedzieć jak najwięcej. Magno szył, ja bladłem a Simone mocno trzymała mnie za rękę. Okazało się że to na szczęście tylko jeden mięsien. Ucięte gładko, wzdłuż włókien – w poprzeg było by dużo gorzej.

image

image

image

Magno 40 lat, nieśmiały, skromny, zagadkowy peruwianczyk, oświadczył że mi pomoże bo jestem daleko od domu i potrzebuje pomocy. Nazajutrz miał wolne i przyjechał na swoim motorze. A potem znowu i znowu przez kolejne 3 tygodnie. Nierzadko już po nocach, zmęczony po pracy.

Wynosił leki i opatrunki z kliniki, czasem też szukał ich po aptekach. W Naucie nie ma wielu rzeczy do kupienia. Nie chciał żadnych pieniędzy. Diana dała mi najlepszy pokój hostelu. Na czas leczenia nie chciała pieniędzy.

To była lekcja na wielu poziomach. Podróżowałem trochę w życiu. Zdarzały mi się różne trudne sytuację, ale zawsze jakoś dawałem radę. Wykształciło się u mnie poczucie silnej niezależności – zaufania do siebie i do świata – że po prostu dam radę. Przywykłem do pewności siebie w tej własnej autonomii. Wtem nagle zostałem postawiony przed faktem, że nie dam rady. Sytuacja była poważna. Ten “twardy pancerz” został skruszony i rozpadał się coraz bardziej każdego dnia, kiedy ludzie bezinteresownie mi pomagali. Przez pierwsze 3 tygodnie nie mogłem zrobić praktycznie nic. To zupełnie rozbrajajace, gdy boli cie, masz gorączkę i cierpisz – a z wszystkich stron dostajesz opiekę i ciepło od serca do serca. Gotowali dla mnie codziennie, przynosili owoce z wioski. Simone uszyła mi spodnie.

image

Poniżej kilka akapitow tego co napisałem wtedy.

image

Dni mijają spokojnie. Czas płynie z  perspektywy hamaka kołysanego  łagodną bryzą znad Amazonki. Obserwuję ją z wysokiego tarasu palach ponad innymi chatami. Hamak jest dla mnie jak łódź, którą płynę przez czas. Spokojnie wypatruję co przyniesie ten strumień trwania. Dni mijają  niepostrzeżenie. Pełne światła.  Obserwuję i słucham. Codzienne  rytuały dżungli, dźwięki wszystkich stworzeń splecione w jeden strumień,   puls natury, piękną symfonię. Życie płynie z każdej strony.

Przychodzą ludzie, współtrwamy przez  chwilę, wymieniamy doświadczenia,  historie, spojrzenia. Odkrywamy w  sobie przyjaciół. Wolne to wszystko od czasu, miejsca, oczekiwań. Może się  jeszcze kiedyś zobaczymy, może nie. Ale spotkaliśmy się i wiemy o sobie. To wystarczy.

Pomoc przychodzi do mnie ze wszystkich stron. Magno, lekarz, przyjeżdża tu z drugiej strony Nauty, kiedy ma wolny czas. Czasem dwa razy dziennie. Kupuje leki, zmienia  opatrunki, daje zastrzyki, leczy i nie chce nic w zamian. Współtowarzysze  których zesłał los, chcą coś dla mnie  zrobić, jakoś pomóc.

Dzień po wypadku 6 osób z pobliskiej  wioski przyszło zapytać jak się czuje. Taksówkarze którzy wieźli nas do szpitala, spotkani w szpitalu ludzie. Wszystkich jakoś to obchodzi. Ktoś nawet chciał dać mi pieniądze.

Przyjmowanie takiego ogromu pomocy to dla mnie coś nowego. Czuję potężne wsparcie. Czasem mam wrażenie, że to za dużo, że nie trzeba aż tyle.
Łatwiej jest dawać niż przyjmować. Tym razem jednak naprawdę potrzebuję pomocy. Poważna rana i zakażenie. Nic nie robię, ani o nic nie proszę. Wszystko przychodzi samo. Jedyne co mogę zrobić, to przyjąć pomoc. Jestem wdzięczny. Wiem że to wsparcie płynie także z duchowego świata.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Pierwsze dni upływały w tępym bólu i gorączce. Codziennie 36 stopni, 90-100% wilgotności. Pora deszczowa w Amazonii. Przyszła infekcja. Przez kilka nocy niemogłem spać z bólu. Dostawałem zastrzyki mocnego antybiotyku prosto w żyłe.

image

image

image

Przekonalem sie jest trudno jest przyjąć pomoc. Przyjąć ją tak Naprawdę. Szczególnie w momencie kiedy jest się na nią zdanym. To uczy pokory.

Inna sprawa to potrzeba zatrzymania. Musiałem się zatrzymać i przetrawić to co wydarzyło się wcześniej. Gdy żyje się w szybkim tempie i to przez wiele miesiecy, zwolnić nie jest łatwo.
Joseph Campbell pisał, że zdarza nam się popełniać błędy. Coś w środku chce nas wyrwać z obranego toru i przestawić w inny. Podświadomie manifestujemy potrzebę zmiany

Ciekawe jest to, że milimetr nad raną przebiega ważny nerw, zaraz po lewej stronie jest kość a od dołu inny nerw. Więc jeśli ktoś miałby zranić się głęboko w stopę, to to jest najlepsze miejsce.

image

Magno nie chciał odemnie pieniędzy a ja sam – miałem ich niewiele. Pomyślałem jednak, że może uda mi się zdobyć trochę z ubezpieczenia. Chciałem mu coś dać. Poprosiłem go więc o dokumentację medyczną. Załatwił ją przez swojego znajomego, który koszt hipotetycznego leczenia wyliczył dość szczodrze. Wysłałem papiery do Polski i w perspektywie miałem dostać te pieniądze. Powiedziałem że mogę mu zapłacić, a on na to, że chciał pomóc i jeśli przyjąłby te pieniądze to to nie byłaby prawdziwa pomoc. Powiedział że będę ich potrzebował.

image

image

Dodatkowo firma ubezpieczeniowa zgodziła się zapłacić za mój bilet powrotny. A do tego – wynegocjowałem żeby kupili mi bilet nie z Iquitos a Cuzco i to 3 miesiące później…

Wszystko to wyklarowało się później, w kluczowym momencie mojej diety z Ayahuaska, gdy nie wiedziałem czy mogę kontynuować czy ni. Pieniądze nagle spadły z nieba. Skończyłem dzięki temu dietę. Zostałem dłużej w Peru, mogłem dzięki temu zrobić i nauczyć się wielu wielu rzeczy. Kawałek tej kasy sfinansował mi też podróż do Stanów. Trudno uwierzyć jak wiele otrzymałem przez ten wypadek…

Teraz nie odczuwam juz żadnych skutków wypadku. Wszystko w stopie działa jak należy.
Mam za to dużą bliznę i takie doświadczenie za sobą.

//

Sorry for no translation, for now posting from cellphone, not able to do it

Wybaczcie dziwaczne formatowanie tekstu i zdjec. Teraz nic nie moge z tym zrobić.

Back to the Jungle

Dżungla, Nauta, Iquitos, Arco Iris. Miłe przyjęcie po roku nieobecności. W końcu czas na zatrzymanie, naukę i pracę z roślinami.

Droga tu przypominała wzburzone morze, były trudne momenty. Teraz wszystko układa się do kupy. Zaczyna iść gładko.

Więcej niebawem.

//

Jungle, Nauta, Iquitos, Arco Iris. Pleasant welcome after a year. Finally time to stop, to learn and work with plants.

Road till here was like stormy sea, there were some difficult moments. Now everything is aligning together, and starts to go smooth.

More soon.

_MG_6021-Edit

_MG_6105

_MG_6045

_MG_6029

_MG_6038

_MG_6011

_MG_6055

_MG_6078

_MG_6074

_MG_6067

_MG_6090

_MG_6111

_MG_5948-2

_MG_5950-3-2

 

 

Between Americas

Posted in DROGA / THE ROAD, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Słowa / Words by ja on February 5, 2016

Po długim czasie. Prawie pięciu miesiącach w Stanach i ostatnim miesiącu ciągłej drogi, dotarłem do Peru. Ruszyliśmy z Covelo w północnej Kalifornii, przez góry Sierra Nevada, potem przez olbrzymie, piękne przestrzenie Nevady z powrotem do południowej Kalifornii, do Los Angeles. Potem Kolumbia – Cartagena, Santa Marta, Palomino, nad morzem Karaibskim. Potem Cali, Popayan, Quito, Tumbes, Zorritos, Piura, aż do Huancabamby gdzie jesteśmy teraz. Dużo drogi. Dużo napięć, zmęczenia pośród smutku, niepewności po jednak niełatwym czasie w Stanach. Teraz to wszystko opadło i puściło. Nie wiem co się wydarzy ani ile zostanę, przyjmę wszystko jak będzie. To duża ulga. Jednocześnie im dalej od szlaków gringo – tym gładziej idzie. Wjeżdżam do Peru, tym razem z Kingą u boku. Dokoła góry tętnięce soczystością życia. Dużo San Pedro i pracujących z nim curanderos w tej okolicy. I znowu te małe spotkania ludźmi gór. Skromną, szczerą serdeczność i ciepłą prostotę ludzi Quechua.

Ciąg dalszy nastąpi. Za kilka dni Amazonia.

//

After long time. Almost 5 months in US, and last month of constant road, finally reached Peru. Started from Covelo, north California, through Sierra Nevada mountains, then enormous and beautiful spaces of Nevada, back to Los Angeles in south California. After that, Colombia – Cartagena, Santa Marta, Palomino at Carribean Coast. Then Cali, Popayan, Quito, Tumbes, Zorritos, Puira till Huancabamba where we’re at the moment. A lot of the road. A lot of tensions and exhaust, between sadness after still not easy time in US. Now this tensions fell apart, went away. I’m opened for whatever will come. Don’t know how long I’m gonna stay. Will just accept what comes. Which is a big change and relief. Same time – the further from “gringo mentality paths” – the smoother flow. Coming to Peru, this time with Kinga. Around us, mountains pulsating with juicy life. A lot of San Pedro and Curanderos in this area. And again this small meetings with people of mountains. Humble, honest heartiness. and warm simplicity of Quechua people.

To be continued… In few days Amazon.

_MG_5614-Edit-2

_MG_5636-Edit

_MG_5692-Edit

_MG_5656-Edit

_MG_5654

_MG_5609-Edit

_MG_5690-Edit

_MG_5601-Edit

_MG_5587-Edit-2

_MG_5747

_MG_5738

_MG_5715-Edit

_MG_5714-Edit

_MG_5688

_MG_5597-Edit

_MG_5563

_MG_5562

Colombia

_MG_5786-Edit

_MG_5793-Edit

_MG_5829

_MG_5857

Peru

_MG_5893-Edit

_MG_5900