#Notatnik

Pierwsze spotkanie z Indiami

Posted in DROGA / THE ROAD, Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Słowa / Words by ja on November 7, 2017

Wczorajszy dzień był długi, męczący i pełen nowych doświadczeń. Gdy dotarłem do Delhi o północy w niedzielę, obawiałem się czy będę w stanie w ogóle odpocząć. Byłem zmęczony i pobudzony jednocześnie. Mając w perspektywie pierwsze zetknięcie z Delhi i całodzienną drogę do Rishikesh, wiedziałem że potrzebuję na kolejny dzień dużo uwagi i trzeźwości umysłu. Udało mi się na szczęście zdrzemnąć na lotnisku.

Nazajutrz rano metro do New Delhi Train Station. Najpierw uderzył mnie wszechobecny smog, przypominający dym albo mgiełkę. Jest po 10 rano, świeci słońce, ale światło nie jest kontrastowe i ostre. Nie też rzucam wyraźnego cienia, podnoszę wzrok i mogę patrzeć na słońce!

Od razu zaczepił mnie taksówkarz naganiacz, rikszarz itp. Ale na spokojnie, bez przesady. Z opowieści mojego Ojca, który był w Indiach 13 lat temu na rowerze, brzmiało to dość ekstremalnie. Sporo ludzi wspominało o naganiaczach i żebrakach w Indiach, to prawda są – ale bez przesady. Nie było to tak intensywne i nachalnie jak na przykład w Maroko. Przekonałem się jednak że uliczni cwaniacy w Delhi działają inaczej niż ci w Maroko czy naganiacze w Peru.

System w Indiach jest skomplikowany, wszędzie panuje hierarchia i rozległa biurokracja. Naciągacze w Indiach są przebierańcami, oszustami którzy udają że pomagają – przynajmniej ja sam takich spotkałem. Na stacji New Delhi nie było już tego dnia biletów do Haridwaru (słyszałem że to się zdarza) Spotkałem przy kasach starszego, oficjalnie ubranego pana, który zaaferował się moją osobą i szczerze chciał mi pomóc – tłumaczył jak działa w Indiach kolej i transport. Na stacji rozgardiasz, lekki smród, hindusi z tobołkami leżą na ziemi, tu i ów grupki biednych. A tu elegancki człowiek (zapewne pracownik kolei) chce mi pomóc i ma jakieś informacje. Powiedział że aby dostać się do Haridwaru a potem Rishikesh, muszę pojechać do oficjalnego biura turist center – gdzie znajdą mi autobus. Był na prawdę przekonujący i pewny siebie, powiedziałbym wręcz – dobrotliwy. Zaprowadził mnie na dół przed stację – co mnie zdziwiło, od razu spotkaliśmy jakiegoś kierowcę, co znowu subtelnie mnie zdziwiło, bo wyglądało mało przypadkowo. A kierowca miał swojego tuk-tuka (mororikszę) na samym końcu, osobno za wszystkimi rzędami innych tuk-tuków – kolejna rzecz na którą zwróciłem uwagę.

Jedziemy:

Zawiózł mnie do jakiegoś małego lokalu, gdzie pracowało dwóch młodych – znowu bardzo dobrotliwych, pozytywnych ziomków. Z grubsza wytłumaczyłem gdzie jadę i czego szukam. Weszliśmy na stronę internetową kolei i okazało się że najbliższe wolne miejsce na pociąg do Haridwaru (222km) mam za 7 dni. Jak się potem domyśliłem – ta strona musiała być fałszywa. Potem uroczyście otworzył stronę dworca Kashmiri Gate Bus Station i niby zadzwonił tam, pytając o jakikolwiek autobus dla mnie. Ba, nawet dał mi słuchawkę żebym sam zapytał, rozmówca dobrze mówił po angielsku – dowiedziałem się że najbliższy autobus mam za 4 dni i nic nie da się niestety zrobić. To są Indie, tu jest inaczej niż w reszcie świata, Haridwar i Rishikesh to święte miasta pielgrzymów, teraz jest sezon, dobra pogoda więc wszyscy ciągną do świętych miejsc itp.

Mój nowy poczciwy kumpel, ze smutkiem zaproponował więc jedyną możliwą nadzieję, jedyne rozwiązanie mojego problemu – taksówkę do Rishikesh za 10 500 rupii (600zł) Był tak poczciwy i przekonujący że – na ludzkim poziomie prawie mu uwierzyłem. Ale jego nieskazitelna powłoka pozytywności zaczęła pękać gdy zacząłem zadawać pytania i wychodzić. Zaproponował jeszcze super ostatnią okazję za 7000 rupii.

Odszedłem kilkaset metrów i zagadałem do pierwszego lepszego rikszarza. Za ile na dworzec. Cena była pewnie – podwójna albo potrójna, nie wiem dokładnie. Opornie stargowałem do połowy i wtedy usłyszał nas inny rikszarz -nieco bardziej rozgarnięty. Powiedział że biuro które odwiedziłem było fałszywe. Miło było to usłyszeć – rokowania na chwilę przesunęły się w stronę jakiegoś konkretu. Może w końcu spotkałem kogoś kto mówi prawdę? Pokazał mi na mapie oficjalne turist center, tym razem na prawdę takie – “na prawdę” – ok, skoro to tak blisko, a dworzec daleko – spróbujmy. Pojechaliśmy we trójkę (ciekawe czemu) ten rozgarnięty zapytał po drodze gdzie spałem i ile ode mnie chcieli za podróż w tym pierwszym “biurze”.
W drugim “biurze” było podobnie jak pierwszym, tylko większy lokal, więcej pracowników, starsi – mniej kumpelscy zaś nieco bardziej wyniośli. Znowu sympatyczny small talk, mały żarcik i teatrzyk ze sprawdzaniem pociągów. Potem sprawdzanie autobusów – tym razem bez pokazywania mi monitora i dawania do ręki słuchawki. Oczywiście zaproponował mi taxi ale już za 6000 – rikszarz zapewne podał im poprzednią cenę więc próbowali dalej. Kiedy odmówiłem padła propozycja autobusu nocnego za 2500 rupii. Nadstawiłem uszu i zacząłem zadawać pytania prosto z mostu. Zapytałem czy jego agencja dolicza prowizję do tej ceny, bo wiem że ceny są o wiele niższe.
Zapytałem jak człowiek-człowieka, oczekując szczerej odpowiedzi – chciałem sprawdzić jak daleko to się posunie i czy w końcu powie prawdę. Najpierw zwodził, potem zaczął zmieniać temat, poganiać mnie itp. Gdy zwróciłem uwagę że 3 razy zadaję pytanie a on nie odpowiada – niby oburzony, powiedział że nie nic doliczają ale mówił już ściszonym głosem – bez śladu wcześniejszej wyniosłości i siły. Poprosiłem więc żeby pokazał mi monitor skoro to oficjalna cena. Był święcie oburzony moim bezczelnym brakiem zaufania oddał mi paszport i powiedział że w taki sposób nie zrobimy interesów. Teraz to już nie sprzeda mi biletu nawet jakbym chciał…

Dziwne uczucie, przyjechałem do tego miasta i wszyscy mnie kłamią. W dodatku robią to całkiem dobrze i z głębokim przekonaniem o swej racji.
Po wielu latach podróżowania cwaniaka/oszusta w Maroko czy Ameryce Południowej czuję przez skórę. W Indiach, jest inaczej. Spotykam miłego człowieka, a on bezlitośnie,  z nieludzkim realizmem i szerokim uśmiechem – chce mnie oszukać. Wciska mi całą fałszywą historię, licząc na moją niewiedzę i naiwność.

Wziąłem kolejną motorikszę na dworzec – oczywiście nie było tak daleko jak mówili :) Pod dworcem przy rikszy od razu pojawił się serdeczny pomocnik i zamienił kilka informacji z kierowcą. Zapłaciłem, odwróciłem się na pięcie i poszedłem na dworzec. Okazało się że za 15 minut mam autobus go Haridwaru za 400 rupii ~ 20zł.
Gdybym był bogaty albo bardzo naiwny zapłaciłbym 600zł zamiast 20. Ciekawe ilu ludzi dziennie wpada w sieć szajki fałszywych biur “informacji turystycznej”, “pomocnych” starszych panów i ich rikszarzy.

Wiele się tego dnia nauczyłem.

Podróż do Haridwaru była długa i męcząca. Zamiast przejrzystego powietrza świat spowijała ni to mgła – ni to dym. Kilometr za kilometrem, cały czas, całą trasę dym w kolorze kawy z mlekiem zamiast powietrza. Widoczność na kilkaset metrów. Byłem zmęczony trzecim dniem podróży i dwiema nocami na lotniskach. Czułem się nieswojo, było mi duszno. Widok biedy, śmieci, zanieczyszczenia, setek trąbiących rozlatujących się samochodów wzbudzał mieszane uczucia. Z jednej strony myślałem o szczęściu – jakim jest w pewnym sensie mieszkanie w Europie, Polsce. W moim zmęczonym umyśle pojawiały się jednak pytania i silne wątpliwości – co ja tu robię? Czy na prawdę warto było jechać taki kawał świata?

W pewnym momencie zobaczyłem przy drodze świątynię, mignął mi znajomy znak sri yantry. Te kształty były piękne, naturalnie przyjemne dla oka – zupełnie inaczej niż świątynie które znam z Polski.
Kilka chwil później sobie przypomniałem. Jadę bo przecież od dawna szukam głębszego znaczenia. Kontaktu z dawną mądrością, wiedzą, tradycją pokoleń – w jej żywotnej prostocie, u jej źródła. W miejscu gdzie wciąż jest żywa. Podobnie jak w Amazonii i Andach. Są jeszcze miejsca gdzie można dotrzeć i czerpać z dawnej mądrości.

Dojechałem po zmroku i od razu złapałem kolejny autobus do Rishikesh. Kolejne 20km, kolejna godzina drogi albo i  więcej. W Rishikesh gdy wjeżdżaliśmy na dworzec – już biegli do nas rikszarze. Właściwie to do mnie bo jestem tu jedynym białym. 350rupii za ostatnie 5km. haha, no to ja wole na piechotę. 200m dalej spotykam rikszarza który za 100 rupii wziął mnie i spotkanego japończyka. Dotarłem do miasta, doszedłem do mostu wiszącego nad Gangesem, było pusto i cicho. Zawiał chłodny kojący wiatr. Głęboki oddech, spojrzenie na górzyste miasto u podnóża Himalajów, pełne świateł ashramów i świątyń. Dobrze już być na miejscu.

Gdzieś nad Afganistanem.

Delhi. ps. później okazało się że dym o którym pisałem to nie smog, tylko efekt specyficznego klimatu.

Księżyc w pełni i niebo nad Moskwą.

Most Laxman Juhla Rishikesh, Indie.

Advertisements
Tagged with: , , , , , ,

Another transition 2016 – 2017

Posted in DROGA / THE ROAD, Notatnik / Note, Podróż / Travel, Słowa / Words by ja on January 5, 2017

2016 Powitaliśmy nad Pacyfikiem w Kalifornii. To był wspaniały rok pełen głębokich doświadczeń, nowych wyzwań. Czuję dużo wdzięczności za doświadczenia i naukę od dżungli. Za nas, za nasz związek, wspólną pracę, które przysparzają dużo radości i spełnienia. Hihi rzecz jasna prócz chwil pięknych i codziennych są też te skłaniające nas do większej pracy nad sobą :) I jedne i drugie są równie cenne. Dziękuję.

2016 Year we greated from Pacific shore in California. It was great year, full of deep experiences and new chalenges. I feel gratitude for deep and healing learning from the jungle. For our relationship and work together, that give a lot of cheerful and fulfilling moments. Hihi, and besides beautiful times there are challenge times that make you working on yourself :) Each of them are equally precious. Thank You.

2017 – Witaliśmy z domu na wsi – gdzie dopiero zamieszkaliśmy. Czekamy na przyjście nowego życia i nowy początek. Wiele przed nami.

2017 We greeted from the house on polish silesian countryside where we’ve just moved. We are waiting for new life to come, and new beginning. A lot is ahead of us.

Zatem nigdy nie wiesz co przyniesie kolejny rok :)
Życzę wam żebyście znaleźli wasze spełnienie, żeby iść przez życie w szczerej zgodzie z sobą.

So you never know what next year will bring :)
I wish you all find your fulfillment, to go through life in peace with your truest self.

Polska

img_9354-edit

img_9367-edit

Kalifornia 2015-2016

_mg_5480-edit

_mg_5439

_mg_5513

_mg_5524

_mg_5538-edit

_mg_5518-edit-2

_mg_5530

Colombia – Ecuador border

15723545_10211771910283002_8747083333135372715_o

Kinga’s birthday, Arco Iris, Amazon Jungle, Peru

13217377_10209551662458194_1909884822510097600_o

In our teepee, Poland

_mg_7675-edit-edit

15492063_10210947579104040_2828307508966436140_n

Dżungla II

A więc kontynuując Pierwszą część po długim czasie w końcu mogę napisać kolejną. To wszystko było zbyt nierzeczywiste do napisania z Europy. Próbowałem, nie wychodziło a czuje że nie powinienem zachowywać tego dla siebie.
Musiałem wrócić do Amazonii, zobaczyć te miejsca, ludzi, od nowa poukładać i uwierzyć. To co się stało, nie było łatwe do udźwignięcia. Dużo naraz jak dla jednej osoby.

Po pamiętnym, pierwszym spotkaniu z Ayahuaska i szamankami Shipibo w Arco Iris. Doświadczeniu w zaswiatach i otrzymaniu czegoś, co cały czas próbuje zrozumieć, rozwijać. Byłem w dziwnym stanie rozedrgania, z trudem składałem myśli i słowa. Pojechalismy z Zacharym do Nauty. Znaliśmy się kilka dni, wszystkie te wydarzenia i nasza znajomość, przybrały bardzo synchroniczna formę. Poziom porozumienia był absurdalny. Kolejne 3 miesiące spędziliśmy razem. Bardzo blizniacza była to przyjaźń.

W Naucie, małym miasteczku położonym nad rzeką Marañon, mieliśmy spędzić kilka dni, a zostaliśmy dwa miesiące.
Nauta to spokojne kameralne miejsce, jest mały bazar, rynek, kafejka gdzie za ścianą pieją koguty.
Słyszałem opowieści o grupie ludzi w miejscu pewnej starszej amerykanki – Diany, która od 20 lat żyje w Peru, ma coś w rodzaju hostelu i wie sporo o roślinach. Zainteresowała nas ich niekomercyjna forma pracy.

image

image

Miejsce składało się z hostelu Diany w wioseczce Santa Rosa i domu w dżungli 2km dalej – gdzie działy się już właściwe rzeczy. Mieszkali tam Henrik z Simone, Tim i dwa psy.

image

Henrik – duńczyk 29 lat, weteran z Afganistanu. Był w służbach specjanych i przeszedł tam przez prawdziwe piekło. Był wysyłany na akcje, gdzie strzelał i zabijał. Po dwóch latach służby wojskowej został ranny odłamkiem granatu. Wpadł w depresję i ciężkie narkotyki. Wojsko i wojna przestała być ratunkiem. Wizja świata zupełnie się rozpadła. Krótki czas po tym wypadku zmarła na raka jego 12 letnia siostra, którą bardzo kochał. To go dobiło. Nie umiał normalnie żyć i nie chciał żyć. Ma zespół stresu pourazowego i poważne problemy. Jakoś tak się złożyło, że znajomy zaciągnął go do Peru. Po serii wzlotów i upadków narkotykami, uchwycił się medycyny roślinnej i zaczął się leczyć. Zbudował dom w dżungli, zaprosił Tima i chciał stworzyć otwarte, niekomercyjne miejsce do pracy z medycyną. Człowiek o naprawdę dobrym sercu, któremu wielu ludzi, wiele zawdzięcza. Właśnie powstaje o nim film. Historia Henrika jest trudna. Zmagania, wzloty i upadki. Mało kto ma wyobrażenie o tym przez co on przechodzi.

image

Simone – 20lat, dunka, była tam razem z Henrikiem, trzymała w ryzach, opiekowała się nim, domem i wszystkim dookoła. Przekochana osoba.

image

Diana – amerykanka 57 lat, z czego ostatnie 20 spędziła w Peru. Najpierw uczyła angielskiego, potem odwiedziła dżunglę i po powrocie miała sen, w którym wąż uwięził ją w swoim uścisku i patrzył w oczy. Peruwianczycy powiedzieli jej ze dokładnie taki sen to wiadomość od duchów, że powinna zamieszkać w dżungli. Tak też zrobiła.

image

Tim – 50lat, anglik. W młodości Punk pokryty tatuażami. Londyńskie lata 80te, burzliwe życie, koncerty, dragi i alkohol. W którymś momencie postanowił wraz z grupka znajomych pojechać busem do Indii. Dojechali aż do Iranu. Na granicy okazało się że ich auto nie ma jakichstam papierów i zostało natychmiast zarekwirowane razem z całą zawartością. Więc z momentu na moment Tim został bez niczego. Był nieco podłamany, nie wiedział co robić i po prostu poszedł przed siebie. Półtora roku wędrował przez pustynie Iranu i Pakistanu. Dotarł w końcu do Indii, gdzie wstąpił na ścieżkę duchową. Nie wiem ile lat tam potem spędził, może około pietnastu. Trzymał się z sadhu, którzy tak jak on, nie mieli nic. Sadhu to ścieżka gdzie odrzuca się dobra doczesne na rzecz dążenia ku oświeceniu. Sadhu wędrują, nauczają a żyją z tego co dostają od spotkanych ludzi. Tak się jakoś stało że Tim z ucznia, został wybrany babą i dano mu pod opiekę 3 ashramy (świątynie). Spędził w Indiach o wiele za długo niż przewidywała jego wiza i teraz już nie może wrócić. Trafił do Kopenhagi i ciąg zbiegów okoliczności zaprowadził go do Peru. Gdy go poznałem – akurat budował sobie dom obok Henrika.

image

James, 34, szkot/kanadyjczyk, wszechstronnie utalentowany muzyk, mówca, malarz, podróżnik, od 7 lat w świecie naturalnej medycyny.

image

Zachary, amerykanin, 27, głęboko w świecie duchowym. Poszukujący swojej drogi. Były deskorolkowiec po szkole filmowej.

Nasze drogi zbiegły się nagle w tym miejscu.
Z Henrikiem i Simone spotkałem się właściwie przypadkiem, bo nie wiedziałem że to oni.
Od razu dobrze się dogadaliśmy. Zostałem na noc w ich domu. Zaraz po tym na drugi dzień okazało się że Henrik gotuje Ayahuaske a ja po kilkugodzinnej znajomości miałem mu w tym pomóc. Wszystko to toczyło się bardzo szybko. Trochę za szybko. Ale myślałem, że widocznie tak ma być.

Gotujemy. Otwarte słońce, gorąco, gryzą nas dziesiątki komarów i końskich much, dym gryzie w oczy. Ognisko pod kotłem nie chce się palić mimo wielu starań. W powietrzu unosi się ciężkość i nieprzejrzysta atmosfera. Coś jakby nie gra. Stwierdzam, że potrzebujemy mniejszych kawałków drewna i przez kolejne – blisko dwie godziny rąbię w tym upale. Lubię pracować z drewnem.

Siekiera jest ogromna, snopy drewna za długie i bardzo wąskie. To nie jest drewno na opał, tylko dżunglowe drewno z amatorskiej wycinki – bardzo twarde i wciąż mokre. Była niedziela karnawałowa 16 lutego 2015. W domu kilka osób gotuje obiad.

Biorę kolejny snop drewna, znowu długi i wąski, ale tym razem suchy, lżejszy i bardziej miękki. Przymierzam się do uderzenia – jak poprzednio dłuższy zamach i uderzam… Ciężka siekiera wchodzi w drewno jak w masło, skęca nieco w prawo, wychodzi z drewna i już wyhamowywana, zatrzymuje się głęboko w mojej stopie. Skóra rozeszła się na obie strony i zobaczyłem równo przecięty pływający mięsien. Krew obficie wsiąkała w ziemię.

image

Byłem spokojny, nie miałem czasu na panikę, zacząłem tamować krew i chciałem okiełznać swoją sytuację. To taki moment, że jeszcze niedowierzasz swoim oczom i nie wiesz co dalej. Nie wiesz co z twoimi kośćmi, nerwami, ścięgnami.. Stopa to bardzo złożony układ. Nie wiesz na przykład, czy będziesz jeszcze kiedyś normalnie chodzić. Wezwalem pomocy podobno tak spokojnym i uprzejmym głosem, że Tim i reszta do dziś się z tego nabijają.

Podobno najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Wszyscy zbiegli się dookoła mnie, ktoś pobiegł zamówić motoriksze, ktoś położył mi dłonie na głowie, ktoś uciskal ranę. Ciepło i wsparcie. Chłopaki zbudowali nosze i zlani potem nieśli mnie we czwórkę 1,5 km, przez mokrą dżunglę ze stromymi śliskimi pagórkami – a nie jestem drobnej budowy.

Jedziemy motoriksza, zapada zmierzch, prześlizgujemy się przez kolorowe światła i odgłosy karnawału w Naucie. Lekarki mają nieciekawe miny. Pytają czy czuje wszystkie palce. Dla mnie to pytanie jest na tyle abstrakcyjne, że sam nie wiem co odpowiedzieć. Jest ze mną Diana i Simone. Lekarki zaglądają w głąb rany, krew cieknie, robię się blady.

image

image

image

Lekarz nie chciała zamknąć rany, miała świetny pomysł, że przez 10 dni będę do nich przyjeżdżał z otwartą raną, a one będą sprawdzać jak goi się mięsień. Potem pojawił się Magno – technik, zobaczył co mam przecięte i po prostu to zoperował. Dziwna sprawa widzieć i czuć swoje ciało szyte od środka. Patrzyłem na wszystko, chciałem wiedzieć jak najwięcej. Magno szył, ja bladłem a Simone mocno trzymała mnie za rękę. Okazało się że to na szczęście tylko jeden mięsien. Ucięte gładko, wzdłuż włókien – w poprzeg było by dużo gorzej.

image

image

image

Magno 40 lat, nieśmiały, skromny, zagadkowy peruwianczyk, oświadczył że mi pomoże bo jestem daleko od domu i potrzebuje pomocy. Nazajutrz miał wolne i przyjechał na swoim motorze. A potem znowu i znowu przez kolejne 3 tygodnie. Nierzadko już po nocach, zmęczony po pracy.

Wynosił leki i opatrunki z kliniki, czasem też szukał ich po aptekach. W Naucie nie ma wielu rzeczy do kupienia. Nie chciał żadnych pieniędzy. Diana dała mi najlepszy pokój hostelu. Na czas leczenia nie chciała pieniędzy.

To była lekcja na wielu poziomach. Podróżowałem trochę w życiu. Zdarzały mi się różne trudne sytuację, ale zawsze jakoś dawałem radę. Wykształciło się u mnie poczucie silnej niezależności – zaufania do siebie i do świata – że po prostu dam radę. Przywykłem do pewności siebie w tej własnej autonomii. Wtem nagle zostałem postawiony przed faktem, że nie dam rady. Sytuacja była poważna. Ten “twardy pancerz” został skruszony i rozpadał się coraz bardziej każdego dnia, kiedy ludzie bezinteresownie mi pomagali. Przez pierwsze 3 tygodnie nie mogłem zrobić praktycznie nic. To zupełnie rozbrajajace, gdy boli cie, masz gorączkę i cierpisz – a z wszystkich stron dostajesz opiekę i ciepło od serca do serca. Gotowali dla mnie codziennie, przynosili owoce z wioski. Simone uszyła mi spodnie.

image

Poniżej kilka akapitow tego co napisałem wtedy.

image

Dni mijają spokojnie. Czas płynie z  perspektywy hamaka kołysanego  łagodną bryzą znad Amazonki. Obserwuję ją z wysokiego tarasu palach ponad innymi chatami. Hamak jest dla mnie jak łódź, którą płynę przez czas. Spokojnie wypatruję co przyniesie ten strumień trwania. Dni mijają  niepostrzeżenie. Pełne światła.  Obserwuję i słucham. Codzienne  rytuały dżungli, dźwięki wszystkich stworzeń splecione w jeden strumień,   puls natury, piękną symfonię. Życie płynie z każdej strony.

Przychodzą ludzie, współtrwamy przez  chwilę, wymieniamy doświadczenia,  historie, spojrzenia. Odkrywamy w  sobie przyjaciół. Wolne to wszystko od czasu, miejsca, oczekiwań. Może się  jeszcze kiedyś zobaczymy, może nie. Ale spotkaliśmy się i wiemy o sobie. To wystarczy.

Pomoc przychodzi do mnie ze wszystkich stron. Magno, lekarz, przyjeżdża tu z drugiej strony Nauty, kiedy ma wolny czas. Czasem dwa razy dziennie. Kupuje leki, zmienia  opatrunki, daje zastrzyki, leczy i nie chce nic w zamian. Współtowarzysze  których zesłał los, chcą coś dla mnie  zrobić, jakoś pomóc.

Dzień po wypadku 6 osób z pobliskiej  wioski przyszło zapytać jak się czuje. Taksówkarze którzy wieźli nas do szpitala, spotkani w szpitalu ludzie. Wszystkich jakoś to obchodzi. Ktoś nawet chciał dać mi pieniądze.

Przyjmowanie takiego ogromu pomocy to dla mnie coś nowego. Czuję potężne wsparcie. Czasem mam wrażenie, że to za dużo, że nie trzeba aż tyle.
Łatwiej jest dawać niż przyjmować. Tym razem jednak naprawdę potrzebuję pomocy. Poważna rana i zakażenie. Nic nie robię, ani o nic nie proszę. Wszystko przychodzi samo. Jedyne co mogę zrobić, to przyjąć pomoc. Jestem wdzięczny. Wiem że to wsparcie płynie także z duchowego świata.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Pierwsze dni upływały w tępym bólu i gorączce. Codziennie 36 stopni, 90-100% wilgotności. Pora deszczowa w Amazonii. Przyszła infekcja. Przez kilka nocy niemogłem spać z bólu. Dostawałem zastrzyki mocnego antybiotyku prosto w żyłe.

image

image

image

Przekonalem sie jest trudno jest przyjąć pomoc. Przyjąć ją tak Naprawdę. Szczególnie w momencie kiedy jest się na nią zdanym. To uczy pokory.

Inna sprawa to potrzeba zatrzymania. Musiałem się zatrzymać i przetrawić to co wydarzyło się wcześniej. Gdy żyje się w szybkim tempie i to przez wiele miesiecy, zwolnić nie jest łatwo.
Joseph Campbell pisał, że zdarza nam się popełniać błędy. Coś w środku chce nas wyrwać z obranego toru i przestawić w inny. Podświadomie manifestujemy potrzebę zmiany

Ciekawe jest to, że milimetr nad raną przebiega ważny nerw, zaraz po lewej stronie jest kość a od dołu inny nerw. Więc jeśli ktoś miałby zranić się głęboko w stopę, to to jest najlepsze miejsce.

image

Magno nie chciał odemnie pieniędzy a ja sam – miałem ich niewiele. Pomyślałem jednak, że może uda mi się zdobyć trochę z ubezpieczenia. Chciałem mu coś dać. Poprosiłem go więc o dokumentację medyczną. Załatwił ją przez swojego znajomego, który koszt hipotetycznego leczenia wyliczył dość szczodrze. Wysłałem papiery do Polski i w perspektywie miałem dostać te pieniądze. Powiedziałem że mogę mu zapłacić, a on na to, że chciał pomóc i jeśli przyjąłby te pieniądze to to nie byłaby prawdziwa pomoc. Powiedział że będę ich potrzebował.

image

image

Dodatkowo firma ubezpieczeniowa zgodziła się zapłacić za mój bilet powrotny. A do tego – wynegocjowałem żeby kupili mi bilet nie z Iquitos a Cuzco i to 3 miesiące później…

Wszystko to wyklarowało się później, w kluczowym momencie mojej diety z Ayahuaska, gdy nie wiedziałem czy mogę kontynuować czy ni. Pieniądze nagle spadły z nieba. Skończyłem dzięki temu dietę. Zostałem dłużej w Peru, mogłem dzięki temu zrobić i nauczyć się wielu wielu rzeczy. Kawałek tej kasy sfinansował mi też podróż do Stanów. Trudno uwierzyć jak wiele otrzymałem przez ten wypadek…

Teraz nie odczuwam juz żadnych skutków wypadku. Wszystko w stopie działa jak należy.
Mam za to dużą bliznę i takie doświadczenie za sobą.

//

Sorry for no translation, for now posting from cellphone, not able to do it

Wybaczcie dziwaczne formatowanie tekstu i zdjec. Teraz nic nie moge z tym zrobić.

Back to the Jungle

Dżungla, Nauta, Iquitos, Arco Iris. Miłe przyjęcie po roku nieobecności. W końcu czas na zatrzymanie, naukę i pracę z roślinami.

Droga tu przypominała wzburzone morze, były trudne momenty. Teraz wszystko układa się do kupy. Zaczyna iść gładko.

Więcej niebawem.

//

Jungle, Nauta, Iquitos, Arco Iris. Pleasant welcome after a year. Finally time to stop, to learn and work with plants.

Road till here was like stormy sea, there were some difficult moments. Now everything is aligning together, and starts to go smooth.

More soon.

_MG_6021-Edit

_MG_6105

_MG_6045

_MG_6029

_MG_6038

_MG_6011

_MG_6055

_MG_6078

_MG_6074

_MG_6067

_MG_6090

_MG_6111

_MG_5948-2

_MG_5950-3-2