#Notatnik

Kolejne pożegnanie / Another farewell

Kolejne pożegnanie z Peru. Było pięknie! Całkiem pracowicie ale wszystko udało się zrobić, spędzić chwile z pięknymi ludźmi, spotkać się z dżunglą i żabkami, nacieszyć roślinnymi i kuchennymi cudownościami, których nie ma nigdzie indziej. A przy okazji tego wszystkiego – także dostrzec i nauczyć wielu nowych rzeczy. Baterie naładowane, komary też trochę podjadły hihi. Z pogodą wracam do zimy, wioski i niebawem powiększonej rodziny <3 :)

Do zobaczenia Amazonio!

Another farewell with Peru. Happy one, it was beautiful time! Pretty busy but managed to do everything, spend moments with beautiful people, meet the jungle and froggies, get enjoy of the plant and culinary marvels that can’t be found anywhere else. And by the way it all – also perceive and learn many new things. The batteries charged, mosquitoes also a little devoured hihi. With calm and serenity coming back to winter village and family that will become larger soon <3 :)

See you again Amazonia !

img_0057

img_9599

img_9617

img_9765

img_9786

img_9879

img_9893-edit-2

img_9900-edit

img_0071

img_9917

img_0045

img_0065

img_0067

 

Dżungla / Jungle III

W poprzednim wpisie z serii Dżungla opowiadałem o pamiętnym wypadku z siekierą. Teraz kilka wspomnień z czasu który miał miejsce później.
/
In the previous entry from Jungle series I was telling the story about accident with ax. This one will be few memories about time that take place later.

_

Nie chciałbym żeby z tych zdjęć i słów wybrzmiewało, że takie ładne rzeczy, ładne kolorowe zdjęcia i ładni ludzie są gdzieś za górami, za lasami, w odległych i bajkowych krainach. Ani że trzeba spełnić nie wiadomo jakie warunki i pojechać nie wiadomo jak daleko. (Choć czasem może być i tak) Nie chodzi tu też o to konkretne miejsce.

Bardziej chodzi o to, co się dzieje w nas. O podążenie za wewnętrznym głosem, za głosem z głębi serca, z głębi “ja” – wtedy zdarzają się niewytłumaczalne zbiegi okoliczności i dzieje się “magia”.
Trzeba to w sobie usłyszeć, zaufać i pójść za tym. Jeśli tylko pozwolić, nowa rzeczywistość zacznie tworzyć się dokoła nas. Po pewnym czasie czujesz że jesteś już w innym miejscu, stawiasz swoje kroki co raz dokładniej, spotykasz właściwych ludzi i po prostu to wiesz. Zbliżasz się sam do siebie, wszystko staje się bliższe. Otrzymujesz lekcje i cenne doświadczenia, zwykle też coś dawnego w tobie umiera a w miejsce tego – coś nowego się rodzi. Czujesz bijące w tobie źródło… życie.

/

I wouldn’t like to share these images and words sounding like that such nice things, nice color photos and nice people are somewhere in the mountains, forests, in remote and kind of fairytale realities. Neither nor that something incredible hard conditions must be fullfiled to stories like this one happen. (Though sometimes it can be) It is not also about a specific place.

Its more about what happens within us. About following the voice of your heart, from the depths of “I”, and then truly unexplainable coincidances start to take place.
You need to hear it first, then trust it, and finally follow it. If you only allow it to happen, new reality will start to create itself around you. After some time you can say, that you are definiately in diffrent place, each step you make becomes more precise. You meet right people, and you simply know it. In specific way, you and your reality becomes closer to yourself. You receive lessons, precious knowledge; usually something old in you is dying – and it that place someting new is born. You can feel a life source beating in yourself.

_

I tak postrzegam ten czas, tam właśnie chciałbym się tym podzielić. Pierwszy wyjazd do Amazonii był dla mnie podróżą w jedną stronę – po kilku latach czekania, potem długich miesiącach pracy zagranicą – pojechałem w końcu przed siebie. Czegoś poszukiwałem, wiedziałem że jakaś Prawda czeka na odkrycie ale to mentalne pojęcie wciąż mi się wymykało. Od dawna towarzyszyło mi to nieopisywalne uczucie, że gdzieś w świecie czeka coś ważnego.
Zaczęło się od dwóch kamieni milowych: pierwszej ceremonii, a potem wypadku z siekiera. Cała ta pomoc która przyszła, spotkani towarzysze, wszystko to okazało się bardzo ważne i potrzebne. Jakiś czas po wypadku zaczęliśmy przypominać małe plemię w domku w dżungli. Razem jedliśmy, pracowaliśmy, gotowaliśmy, piliśmy medycynę a potem przechodziliśmy wspólny proces. I każdy oddzielnie i jednocześnie wszyscy wspólnie. Sami w dżungli, bez uzdrowicieli i szamanów.

Z jakiegoś powodu czuliśmy, że to był bardzo ważny czas i spotkania. To już z nami zostanie, a przynajmniej w taki sposób zostało ze mną.

/

Thats how I perceive that time and what I’d like to share. My first journey to Amazon was a one way trip – after few years of waiting, and long months of work in UK – finally I went ahead. I was definiately looking for something, I knew that some important Truth is waiting to be discovered, but this mind concept still eluded. Since long time I’ve had this feeling that somewhere in the world, something important is waiting.
It began with two milestones: the first ceremony, and then the accident with an ax. All this help that came to tome, people I met, all this turned out to be very important and necessary. Some time after the accident, we began to resemble a small tribe in a house in the jungle. Together we ate, worked, cooked and drank medicine and then experienced mutual process. Everybody separately and all together same time. Alone in the jungle without curanderos and shamans.

For some reason we felt it was a important time and meetings. It will will remain with us, at least in that form will stay with me.

_mg_0485

Tim and Vanessa.

_mg_1051

Nasza trójka: James, Ja i Zachary. / Our three: James, me and Zack.

_mg_0284-edit-edit

Wschód słońca na tarasie u Diany. / Sunrise from Diana’s lodge terrace. Santa Rosa.

_mg_0504-edit

_mg_0427-edit

Zachary i James w Naucie. / Zack and James in Nauta.

_mg_0529

Widok z tarasu na którym przeleżałem długie tygodnie po wypadku z siekierą. / View from the terrace where I spent loong weeks recupeating from an accident with ax.

_mg_0357

_mg_0395-edit

Wracamy po małej kameralnej 3-osobowej ceremonii w pełniową noc. Dżungla dokoła czaruje grą kolorów i cieni . Czuję jeszcze działanie medycyny, zmysły są pogłębione. Powoli stawiam kroki, głęboko oddycham i namacalnie czuję życie dokoła siebie. Idziemy pomału wąską ścieżką i śpiewamy we trójkę improwizowaną pieśń. Nie można przystawać za długo bo coś zacznie gryźć. James idzie pierwszy bo ma latarkę, ja używając laski powoli kuśtykam na bosaka, Zachary zamyka pochód. Nie ma sensu używać butów bo jest na nie za mokro i za ślisko. Poza tym cudownie jest przylegać i czuć stopami miękką żywą ziemię! Trzeba tylko uważać na co ostrzejsze łupiny i mrówcze trakty. Mrówki dziabią z podobną siłą jak europejskie osy i nie ociągają się z tym, ugryziony skrawek ciała piecze i drętwieje na chwile. Wychodząc z dżungli trzeba jeszcze zdrapać się ze śliskiego stromego pagórka a potem przejść po pniu nad strumieniem, gdzie zawsze jest pełno mrówek. Masa śmiechu.

/

Coming back after little cozy three people ceremony during fullmoon night. Jungle around enchants play of colors and shadows. I still feel medicine is working, the senses are deepened. I carefully put my steps, breathe deeply and tangibly feel life around. We go slowly narrow path and sing in three an improvised song. You can’t stop for too long because something will start to bite you. James goes first because it has a flashlight, I’m using a cane slowly limbing barefoot, Zachary closes the procession. There is no sense to use shoes because is not too wet and too slippery. Besides its wonderful to adhere with the feet and feel soft alive earth! You just have to be careful with sharper shell and ant highways. Ants bites as strongly as the european wasps and do not linger with it. The bitten piece of body bakes and stays numb for a while. Coming out of the jungle you still have to scrape the slippery steep hill and then pass through the trunk over the stream, where it is always full of ants. Lots of laughter.

_mg_0412-edit-edit

_mg_0423

_mg_0481

Dobrze jest móc chodzić. / Its good to be able walk.

_mg_0594

Wycieczka do trójstyku wielkich rzek: Maranion, Amazonki i Ukajali, gdzie często przed wschodem i zachodem słońca spotyka się delfiny.

/

Boattrip to tripoint of three giant rivers: Maranon, Amazon and Ucajali, where often before sunrise or sunset you can meet dolphins.

_mg_0701-edit

Płyniemy i podziwiamy, cud za cudem. / So we go and contemplate, miracle one after another.

_mg_0675

_mg_0736-edit-edit

_mg_0789

Nocne niebo płynąc nad Amazonką. / Night sky over the Amazon river.

_mg_0493-edit-edit

W niedziele na obiad zawsze wpadali goście. / Sunday dinner was always full of visitors.

Po wypadku z siekierą zaczynałem no nowo uczyć się chodzić. Od trzymania nogi w górze, mięśnie łydki mocno się przykurczyły, postawienie stopy na ziemi było głębokim i bolesnym rozciąganiem w całej nodze, kluczyłem więc o lasce. Odwiedzałem kafejkę w Naucie i domek w dżungli należący do Tima. Wielu lokalnych peruwiańczyków znało mnie i zawsze pytało jak się mam i czy wziąłem dziś swoje lekarstwa, ew. doradzali jakie rośliny mogą mi pomóc. Poza tym cały czas w stałej ekipie, z przed i po wypadku. Sporo się przez ten czas wydarzyło, wiele dni i godzin spędzonych razem, wiele rozmów, posiłków, wiele głębokiego porozumienia i ciepła. Niecodzienność sytuacji zbliżyła nas wszystkich. Minęły prawie dwa miesiące.

/

After an accident with an ax, I started no relearn to walk. From keeping my feet high, calf muscles got contracted, placing my feet on the ground was deep and painful stretching across the leg, so I lumbed with walking stick. Started to visit the internet cafe in Nauta and cottage in the jungle where Tim lived. Many local Peruvians knew me and always asked how I was and whether I took my medications. People also advised me plants that can help to my wound. In addition, all the time in same team from before and after the accident. A lot has happened during this time, many days and hours together, many conversations, meals, many unspeakable agreements and warmth. Uncommonness and the seriousness of the situation approached all of us.

_

Pewnego dnia do hosteliku Diany przybył Jussi z dwójką innych osób, niosących dwa ogromne kotły do gotowania medycyny. Przenieśliśmy się wszyscy do domu w dżungli i pomagaliśmy Jussemu w gotowaniu. To było pięć dni pracy. Pomagaliśmy na zmianę a sam Jussi prawie cały ten czas był na nogach. Jussi – fin, którego spotkałem kilka razy wcześniej w dżunglowej komunie Rainbow, postać magiczna. Poznaliśmy się w Amazonii w 2015, potem spotkaliśmy się w saunie (rzecz jasna przypadkowo) nad jeziorem na litewskim Rainbow, a następnie zaprosił mnie do Finlandii ostatniej jesieni 2016. Jussi łączy tradycje duchowości wschodu z tradycjami Amazonii. Przypomina jakby małego skrzata, ma w sobie coś z surowości, uważności, konkretu i dyscypliny starca a jednocześnie kruchość, delikatność i szczerość małego chłopca. Niezwykle szczodry i kochany człowiek.

/

One day Jussi arrived to Diana’s lodge, with two other people, carrying two huge pots for medicine cooking. We all moved to the house in the jungle and helped Jussi in cooking. That was five days of work. We helped him in rounds, and Jussi spent almost whole this time on his feet. Jussi – finn, a magic individual – which met several times earlier in jungle Rainbow community. We met in the Amazon in 2015 and then met in the sauna (accidentally of course) by the lake in Lithuania’s Rainbow Gatheting, and then he invited me to Finland last autumn. Jussi combines eastern spiritual traditions with the traditions from Amazon tribes. Reminds me little elf, with mindfulness, alignment, and discipline of the old man while tenderness, gentleness and purity of a little boy. Very generous and dear person.

_mg_0931-edit-edit

Jussi.

Zamieszczam pieśń od niego / A song from him:

 

_mg_0801

_mg_0851

_mg_0855

_mg_0857

Przygotowania liany. // Ayahuasca vine preparation.

Jussi gotował non stop przez prawie 3 dni i noce. Byliśmy w jednej wielkiej chmurze komarów i końskich much. Były nieznośne. Mój hamak wisiał na górze, czasem w nocy schodziłem na dół pomóc i pogadać. Gotowaliśmy i popijaliśmy wciąż rozcieńczoną ale już całkiem mocną medycynę. Poszedłem na górę, położyłem się w hamaku, słuchałem i stopniowo zanurzałem się w odgłosach dżungli. Koncentruję się na dźwięku, jest ciemna noc, chmura komarów odbija się od moskitiery. Stopniowo rozproszone dźwięki setek zwierząt i owadów staje się jednym strumieniem, jedną melodią. Słyszę dźwięk ale i widzę go pod zamkniętymi oczami. Z czasem strumień ten przybrał groźny charakter, wizje stały się ziemiste i pierwotnie drapieżne. Przyszedł pierwotny strach. To był 3 raz kiedy piłem i stawiałem swoje zupełnie pierwsze kroki. Czułem że jestem tu tylko ja i niebezpieczna, drapieżna dżungla. Czysta konfrontacja, zero ochrony czy choćby stabilnego gruntu. Widziałem że moje ciało leży w hamaku a ja powoli je opuszczam, mój świadomy pierwiastek wyślizguje się na zewnątrz, rozpływa się i znika “moja” rozróżnialna tożsamość. Nie chciałem znowu opuścić ciała bo ostatecznie nie wiedziałem co może się ze mną stać, czułem się zupełnie bezbronny. Zacząłem nucić jedną melodię i to pomogło mi się uziemić. W pewnym momencie melodia dżungli którą słyszałem uległa zmianie – albo to ja zacząłem ją inaczej słyszeć. W strumieniu dźwięków który słyszałem dżungla zaczęła po prostu mówić do mnie. Najpierw było to poczucie jedności i synchronizacji czułem/ widziałem jak energia lasu deszczowego przepływa przeze mnie. Potem dżungla pokazywała mi swoje różne aspekty, pokazywała jak działa to, jak działa tamto… Na głęboko pierwotnym poziomie rozumiałem co do mnie mówi. Nauki o cyklu życia i śmierci, instynkty natury, których nigdy nie rozumiałem w taki sposób.

Potem zobaczyłem/poczułem że już “się znamy”, jestem “podłączony” i jeśli nie będę dżungli krzywdził to w specyficzny sposób mogę czuć się bezpieczny. Później wiele razy w ten podświadomy sposób czułem że ją rozumiem. W trakcie diet roślinnych po wielokroć bardziej.
Ale już chyba wystarczy. Granica między napisaniem “za mało” a napisaniem “za dużo” jest trudna do uchwycenia.
I wcale bym się nie zdziwił niedowierzaniem czy negowaniem tego o czym tu piszę. Wiele osób nigdy nie ma okazji doświadczyć głębokiego przeżycia duchowego, z użyciem roślin czy też bez. Jak tu przyjąć do wiadomości “takie coś” skoro nie ma żadnego punktu odniesienia, zasobu doświadczeń czy klucza. Religie tego nie zapewniają, nie ma w nich wiele miejsca na czyste “doświadczenie” a sama natura jest zwykle sprowadzana do popędów i grzechu. Pisząc to, nie chcę też urazić niczyich uczuć, ani rozpoczynać niekończących się dysput. Chcąc czy nie chcąc jesteśmy częścią natury i ona naprawdę do nas mówi, tylko większość jej nie słucha.

//

Jussi cooked non-stop for almost three days and nights. We were in huge cloud of mosquitoes and the horse flies. They were unbearable. My hammock hung at the first floor, sometimes at night I went down to help and hang out. We cooked and drank diluted but still pretty strong medicine. I went upstairs, laid in a hammock, listening to and immersed myself in the sounds of the jungle.
I concentrate on the sound, there is a dark cloud of mosquitoes aroung my mosquito net. Gradually the scattered sounds of many animals and insects became one stream, one melody. I heard the sound but I saw it in visions with my eyes closed. Over time, this stream became menacing nature, visions became, earthy and primally predatory. Primal fear appeared. It was 3th time I drank medicine so I put my first steps completely. There were just me and jungle that became oscure, dangerous and predatory. Pure confrontation, no protection or even still ground. I saw my body floating in a hammock and “I” slowly leave it, my conscious element slips outside, distinguishable identity melts and disappears. I did’t want to leave body again, because ultimately I did’t know what would happen to me, I felt completely helpless. I started humming a melody and it helped me grounding. After some time I heard that the melody of the jungle has changed – or I started to hear it differently. In the stream of sounds that I heard, jungle began to talk to me. First there was a sense of unity, I felt and saw how the rainforest energy is flowing through me. Then jungle showed me different aspects of itself, showed how works this, how works that … In deep, primary level I understood everything that was shown to me. Learning about the life and death, instincts of nature, which I did not understand in that way.

Then I saw/felt that we already know each otherI’m connected” and if I won’t hurt the jungle, in specific way I can feel safe. Later, many times in the subconscious way I felt deep understanding to it. During the my plant dietas – many times more.
OK this is probably enough. The fineline between the writing of “too little” and writing “too much” is difficult to grasp.
And I would not be surprised disbelief or denial of what I write here. Many people have never had an occasion to pass through a deep spiritual experience, with the help of plants or not. So how can you acknowledge this stuff, if there is no point of reference, experience resource or the key. There is not much of “experience” provided through religions, and the very nature is often confined as a sin. In writing this I don’t want it to hurt anybody’s feelings, neither begin an endless dogmatic disputes. Willingly or unwillingly, we are part of nature and it really speaks to us, but most of us does not listen to it.

_mg_0835-edit

Gotowanie w dzień i w nocy. // Cooking all day and all night.

_mg_0873-edit

_mg_0916

_mg_0877-edit-edit

Tim.

_mg_0809

_mg_0881

_mg_0883

_mg_0890-edit

_mg_0891

Po zakończonym gotowaniu odbyły się 2 ceremonie, jedna w nocy druga w ciągu dnia. Piękne ceremonie z Jussim i bardzo silny proces. W czasie jednej z nich nastąpił ciąg dalszy o drapieżnej stronie natury i umieraniu. Ayahuaska rzuciła mnie w dzikie, ciemne i pierwotne obszary psyche. Śmierć dla narodzin, rozkład i cierpienie – nierozerwalne składowe życia. Na jednej z ceremonii spotkałem z bliska ducha dzikiej bestii. Z perspektywy czasu myślę, że te straszne, trudne i konfrontujące lekcje – nauczyły mnie chyba najwięcej.

/

When cooking was done, we made 2 ceremonies, one in the night and second at daytime. Beautiful ceremonies with Jussi, very strong process. During one of them I’ve had continuation about predatory aspect of nature and dying. Ayahuasca brought me into wild, obscure and primal areas of psyche. Death for the birth, disintegration, suffering – inseparable life components. During one of these ceremonies I encountered closely wild beast spirit. From the perspective of time I think that, these scary, difficult and confronting lessons – taught me probably the most.

_mg_0896

Henrik po nocnym gotowaniu. / Henrik after cooking all night long.

_mg_0867-edit

Nikolai Moller, fotograf, filmowiec, robi film o Henriku. Cały pogryziony i zmęczony po wielu godzinach pracy. /
Nicolai Moller, photographer, filmmaker, making documentary about Henrik. All bitten and tired after many hours of work.

_mg_0914

_mg_0915

_mg_1012

Bazar Belen w Iquitos. // Belen Market in Iquitos

Po prawie dwóch miesiącach w Naucie, wyruszyliśmy wszyscy do Iquitos. Tam rozjechaliśmy się w różne strony. Zachary chciał żebyśmy wzięli udział w 15 dniowej kuracji roślinnej z poznanymi wcześniej uzdrowicielkami Shipibo z Pucallpy. Nie mam pojęcia jak o tym napiszę :)

/

After almost two months in Nauta, we all went to Iquitos. There we all went in different directions. Zachary wanted us to take part in 15 day plant diet with Shipibo healers fron Pucallpa that we met earlier. I have no idea how to write about it :)

Thank you all. Zachary, James, Jussi, Simone, Henrik, Diana, Tim, Magno, Jonathan, Angelo, Benjamin, Suzie, Nikolai, Monya, Christof, David, Vanessa, Alejandra, Serafin, Elena, Pierre.

Następny oddzinek o podróży do Pucallpy. / Next entry about journey to Pucallpa.

Finland

Finlandia, retreat z Ayahuaska i Kambo oraz spotkanie z Przyjacielem. Miło jak wciąż na nowo okazuje się, że pomimo upływu czasu i dzielącej odległości – tyle może nas łączyć. Dobrze po raz kolejny przekonać się że warto ufać intuicji. Dalsze słowa na nic się tu zdają…

Miło jest zobaczyć różnice na twarzach ludzi, przed i po wspólnej pracy. Kiedy jest czas na to żeby się wzajemnie otworzyć, praca z Kambo zyskuje o wiele głębszy potencjał.

Czas pełen pracy dla ludzi, palenia w piecu, szczerych rozmów i nauki obecności, rzeczy uniwersalnych i tak w życiu podstawowych – choć zupełnie nieopisywalnych…

Wygląda że to nie ostatni retreat który zrobimy razem.

//

Finland, retreat with Ayahuasca and Kambo and meeting with Friend. So nice when still turns out that besides time that has passed, and distance between – we have so much in common. Its good to experience for another and another time that its worth to follow heart and intuition. Further explanation in words doesn’t really make sense here… :)

So good to see the difference on peoples faces, from before till after common work with medicine. When there is time for mutual opening, work with Kambo gains much deeper potential.

It was time of work for people, making fire in the stove, honest sharings, and experiencing existence in its deep depth, things that are so universal and essential but same time undescibable…

Looks like its not a last retreat we gonna make together.

fin

 

Dżungla II

A więc kontynuując Pierwszą część po długim czasie w końcu mogę napisać kolejną. To wszystko było zbyt nierzeczywiste do napisania z Europy. Próbowałem, nie wychodziło a czuje że nie powinienem zachowywać tego dla siebie.
Musiałem wrócić do Amazonii, zobaczyć te miejsca, ludzi, od nowa poukładać i uwierzyć. To co się stało, nie było łatwe do udźwignięcia. Dużo naraz jak dla jednej osoby.

Po pamiętnym, pierwszym spotkaniu z Ayahuaska i szamankami Shipibo w Arco Iris. Doświadczeniu w zaswiatach i otrzymaniu czegoś, co cały czas próbuje zrozumieć, rozwijać. Byłem w dziwnym stanie rozedrgania, z trudem składałem myśli i słowa. Pojechalismy z Zacharym do Nauty. Znaliśmy się kilka dni, wszystkie te wydarzenia i nasza znajomość, przybrały bardzo synchroniczna formę. Poziom porozumienia był absurdalny. Kolejne 3 miesiące spędziliśmy razem. Bardzo blizniacza była to przyjaźń.

W Naucie, małym miasteczku położonym nad rzeką Marañon, mieliśmy spędzić kilka dni, a zostaliśmy dwa miesiące.
Nauta to spokojne kameralne miejsce, jest mały bazar, rynek, kafejka gdzie za ścianą pieją koguty.
Słyszałem opowieści o grupie ludzi w miejscu pewnej starszej amerykanki – Diany, która od 20 lat żyje w Peru, ma coś w rodzaju hostelu i wie sporo o roślinach. Zainteresowała nas ich niekomercyjna forma pracy.

image

image

Miejsce składało się z hostelu Diany w wioseczce Santa Rosa i domu w dżungli 2km dalej – gdzie działy się już właściwe rzeczy. Mieszkali tam Henrik z Simone, Tim i dwa psy.

image

Henrik – duńczyk 29 lat, weteran z Afganistanu. Był w służbach specjanych i przeszedł tam przez prawdziwe piekło. Był wysyłany na akcje, gdzie strzelał i zabijał. Po dwóch latach służby wojskowej został ranny odłamkiem granatu. Wpadł w depresję i ciężkie narkotyki. Wojsko i wojna przestała być ratunkiem. Wizja świata zupełnie się rozpadła. Krótki czas po tym wypadku zmarła na raka jego 12 letnia siostra, którą bardzo kochał. To go dobiło. Nie umiał normalnie żyć i nie chciał żyć. Ma zespół stresu pourazowego i poważne problemy. Jakoś tak się złożyło, że znajomy zaciągnął go do Peru. Po serii wzlotów i upadków narkotykami, uchwycił się medycyny roślinnej i zaczął się leczyć. Zbudował dom w dżungli, zaprosił Tima i chciał stworzyć otwarte, niekomercyjne miejsce do pracy z medycyną. Człowiek o naprawdę dobrym sercu, któremu wielu ludzi, wiele zawdzięcza. Właśnie powstaje o nim film. Historia Henrika jest trudna. Zmagania, wzloty i upadki. Mało kto ma wyobrażenie o tym przez co on przechodzi.

image

Simone – 20lat, dunka, była tam razem z Henrikiem, trzymała w ryzach, opiekowała się nim, domem i wszystkim dookoła. Przekochana osoba.

image

Diana – amerykanka 57 lat, z czego ostatnie 20 spędziła w Peru. Najpierw uczyła angielskiego, potem odwiedziła dżunglę i po powrocie miała sen, w którym wąż uwięził ją w swoim uścisku i patrzył w oczy. Peruwianczycy powiedzieli jej ze dokładnie taki sen to wiadomość od duchów, że powinna zamieszkać w dżungli. Tak też zrobiła.

image

Tim – 50lat, anglik. W młodości Punk pokryty tatuażami. Londyńskie lata 80te, burzliwe życie, koncerty, dragi i alkohol. W którymś momencie postanowił wraz z grupka znajomych pojechać busem do Indii. Dojechali aż do Iranu. Na granicy okazało się że ich auto nie ma jakichstam papierów i zostało natychmiast zarekwirowane razem z całą zawartością. Więc z momentu na moment Tim został bez niczego. Był nieco podłamany, nie wiedział co robić i po prostu poszedł przed siebie. Półtora roku wędrował przez pustynie Iranu i Pakistanu. Dotarł w końcu do Indii, gdzie wstąpił na ścieżkę duchową. Nie wiem ile lat tam potem spędził, może około pietnastu. Trzymał się z sadhu, którzy tak jak on, nie mieli nic. Sadhu to ścieżka gdzie odrzuca się dobra doczesne na rzecz dążenia ku oświeceniu. Sadhu wędrują, nauczają a żyją z tego co dostają od spotkanych ludzi. Tak się jakoś stało że Tim z ucznia, został wybrany babą i dano mu pod opiekę 3 ashramy (świątynie). Spędził w Indiach o wiele za długo niż przewidywała jego wiza i teraz już nie może wrócić. Trafił do Kopenhagi i ciąg zbiegów okoliczności zaprowadził go do Peru. Gdy go poznałem – akurat budował sobie dom obok Henrika.

image

James, 34, szkot/kanadyjczyk, wszechstronnie utalentowany muzyk, mówca, malarz, podróżnik, od 7 lat w świecie naturalnej medycyny.

image

Zachary, amerykanin, 27, głęboko w świecie duchowym. Poszukujący swojej drogi. Były deskorolkowiec po szkole filmowej.

Nasze drogi zbiegły się nagle w tym miejscu.
Z Henrikiem i Simone spotkałem się właściwie przypadkiem, bo nie wiedziałem że to oni.
Od razu dobrze się dogadaliśmy. Zostałem na noc w ich domu. Zaraz po tym na drugi dzień okazało się że Henrik gotuje Ayahuaske a ja po kilkugodzinnej znajomości miałem mu w tym pomóc. Wszystko to toczyło się bardzo szybko. Trochę za szybko. Ale myślałem, że widocznie tak ma być.

Gotujemy. Otwarte słońce, gorąco, gryzą nas dziesiątki komarów i końskich much, dym gryzie w oczy. Ognisko pod kotłem nie chce się palić mimo wielu starań. W powietrzu unosi się ciężkość i nieprzejrzysta atmosfera. Coś jakby nie gra. Stwierdzam, że potrzebujemy mniejszych kawałków drewna i przez kolejne – blisko dwie godziny rąbię w tym upale. Lubię pracować z drewnem.

Siekiera jest ogromna, snopy drewna za długie i bardzo wąskie. To nie jest drewno na opał, tylko dżunglowe drewno z amatorskiej wycinki – bardzo twarde i wciąż mokre. Była niedziela karnawałowa 16 lutego 2015. W domu kilka osób gotuje obiad.

Biorę kolejny snop drewna, znowu długi i wąski, ale tym razem suchy, lżejszy i bardziej miękki. Przymierzam się do uderzenia – jak poprzednio dłuższy zamach i uderzam… Ciężka siekiera wchodzi w drewno jak w masło, skęca nieco w prawo, wychodzi z drewna i już wyhamowywana, zatrzymuje się głęboko w mojej stopie. Skóra rozeszła się na obie strony i zobaczyłem równo przecięty pływający mięsien. Krew obficie wsiąkała w ziemię.

image

Byłem spokojny, nie miałem czasu na panikę, zacząłem tamować krew i chciałem okiełznać swoją sytuację. To taki moment, że jeszcze niedowierzasz swoim oczom i nie wiesz co dalej. Nie wiesz co z twoimi kośćmi, nerwami, ścięgnami.. Stopa to bardzo złożony układ. Nie wiesz na przykład, czy będziesz jeszcze kiedyś normalnie chodzić. Wezwalem pomocy podobno tak spokojnym i uprzejmym głosem, że Tim i reszta do dziś się z tego nabijają.

Podobno najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Wszyscy zbiegli się dookoła mnie, ktoś pobiegł zamówić motoriksze, ktoś położył mi dłonie na głowie, ktoś uciskal ranę. Ciepło i wsparcie. Chłopaki zbudowali nosze i zlani potem nieśli mnie we czwórkę 1,5 km, przez mokrą dżunglę ze stromymi śliskimi pagórkami – a nie jestem drobnej budowy.

Jedziemy motoriksza, zapada zmierzch, prześlizgujemy się przez kolorowe światła i odgłosy karnawału w Naucie. Lekarki mają nieciekawe miny. Pytają czy czuje wszystkie palce. Dla mnie to pytanie jest na tyle abstrakcyjne, że sam nie wiem co odpowiedzieć. Jest ze mną Diana i Simone. Lekarki zaglądają w głąb rany, krew cieknie, robię się blady.

image

image

image

Lekarz nie chciała zamknąć rany, miała świetny pomysł, że przez 10 dni będę do nich przyjeżdżał z otwartą raną, a one będą sprawdzać jak goi się mięsień. Potem pojawił się Magno – technik, zobaczył co mam przecięte i po prostu to zoperował. Dziwna sprawa widzieć i czuć swoje ciało szyte od środka. Patrzyłem na wszystko, chciałem wiedzieć jak najwięcej. Magno szył, ja bladłem a Simone mocno trzymała mnie za rękę. Okazało się że to na szczęście tylko jeden mięsien. Ucięte gładko, wzdłuż włókien – w poprzeg było by dużo gorzej.

image

image

image

Magno 40 lat, nieśmiały, skromny, zagadkowy peruwianczyk, oświadczył że mi pomoże bo jestem daleko od domu i potrzebuje pomocy. Nazajutrz miał wolne i przyjechał na swoim motorze. A potem znowu i znowu przez kolejne 3 tygodnie. Nierzadko już po nocach, zmęczony po pracy.

Wynosił leki i opatrunki z kliniki, czasem też szukał ich po aptekach. W Naucie nie ma wielu rzeczy do kupienia. Nie chciał żadnych pieniędzy. Diana dała mi najlepszy pokój hostelu. Na czas leczenia nie chciała pieniędzy.

To była lekcja na wielu poziomach. Podróżowałem trochę w życiu. Zdarzały mi się różne trudne sytuację, ale zawsze jakoś dawałem radę. Wykształciło się u mnie poczucie silnej niezależności – zaufania do siebie i do świata – że po prostu dam radę. Przywykłem do pewności siebie w tej własnej autonomii. Wtem nagle zostałem postawiony przed faktem, że nie dam rady. Sytuacja była poważna. Ten “twardy pancerz” został skruszony i rozpadał się coraz bardziej każdego dnia, kiedy ludzie bezinteresownie mi pomagali. Przez pierwsze 3 tygodnie nie mogłem zrobić praktycznie nic. To zupełnie rozbrajajace, gdy boli cie, masz gorączkę i cierpisz – a z wszystkich stron dostajesz opiekę i ciepło od serca do serca. Gotowali dla mnie codziennie, przynosili owoce z wioski. Simone uszyła mi spodnie.

image

Poniżej kilka akapitow tego co napisałem wtedy.

image

Dni mijają spokojnie. Czas płynie z  perspektywy hamaka kołysanego  łagodną bryzą znad Amazonki. Obserwuję ją z wysokiego tarasu palach ponad innymi chatami. Hamak jest dla mnie jak łódź, którą płynę przez czas. Spokojnie wypatruję co przyniesie ten strumień trwania. Dni mijają  niepostrzeżenie. Pełne światła.  Obserwuję i słucham. Codzienne  rytuały dżungli, dźwięki wszystkich stworzeń splecione w jeden strumień,   puls natury, piękną symfonię. Życie płynie z każdej strony.

Przychodzą ludzie, współtrwamy przez  chwilę, wymieniamy doświadczenia,  historie, spojrzenia. Odkrywamy w  sobie przyjaciół. Wolne to wszystko od czasu, miejsca, oczekiwań. Może się  jeszcze kiedyś zobaczymy, może nie. Ale spotkaliśmy się i wiemy o sobie. To wystarczy.

Pomoc przychodzi do mnie ze wszystkich stron. Magno, lekarz, przyjeżdża tu z drugiej strony Nauty, kiedy ma wolny czas. Czasem dwa razy dziennie. Kupuje leki, zmienia  opatrunki, daje zastrzyki, leczy i nie chce nic w zamian. Współtowarzysze  których zesłał los, chcą coś dla mnie  zrobić, jakoś pomóc.

Dzień po wypadku 6 osób z pobliskiej  wioski przyszło zapytać jak się czuje. Taksówkarze którzy wieźli nas do szpitala, spotkani w szpitalu ludzie. Wszystkich jakoś to obchodzi. Ktoś nawet chciał dać mi pieniądze.

Przyjmowanie takiego ogromu pomocy to dla mnie coś nowego. Czuję potężne wsparcie. Czasem mam wrażenie, że to za dużo, że nie trzeba aż tyle.
Łatwiej jest dawać niż przyjmować. Tym razem jednak naprawdę potrzebuję pomocy. Poważna rana i zakażenie. Nic nie robię, ani o nic nie proszę. Wszystko przychodzi samo. Jedyne co mogę zrobić, to przyjąć pomoc. Jestem wdzięczny. Wiem że to wsparcie płynie także z duchowego świata.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Pierwsze dni upływały w tępym bólu i gorączce. Codziennie 36 stopni, 90-100% wilgotności. Pora deszczowa w Amazonii. Przyszła infekcja. Przez kilka nocy niemogłem spać z bólu. Dostawałem zastrzyki mocnego antybiotyku prosto w żyłe.

image

image

image

Przekonalem sie jest trudno jest przyjąć pomoc. Przyjąć ją tak Naprawdę. Szczególnie w momencie kiedy jest się na nią zdanym. To uczy pokory.

Inna sprawa to potrzeba zatrzymania. Musiałem się zatrzymać i przetrawić to co wydarzyło się wcześniej. Gdy żyje się w szybkim tempie i to przez wiele miesiecy, zwolnić nie jest łatwo.
Joseph Campbell pisał, że zdarza nam się popełniać błędy. Coś w środku chce nas wyrwać z obranego toru i przestawić w inny. Podświadomie manifestujemy potrzebę zmiany

Ciekawe jest to, że milimetr nad raną przebiega ważny nerw, zaraz po lewej stronie jest kość a od dołu inny nerw. Więc jeśli ktoś miałby zranić się głęboko w stopę, to to jest najlepsze miejsce.

image

Magno nie chciał odemnie pieniędzy a ja sam – miałem ich niewiele. Pomyślałem jednak, że może uda mi się zdobyć trochę z ubezpieczenia. Chciałem mu coś dać. Poprosiłem go więc o dokumentację medyczną. Załatwił ją przez swojego znajomego, który koszt hipotetycznego leczenia wyliczył dość szczodrze. Wysłałem papiery do Polski i w perspektywie miałem dostać te pieniądze. Powiedziałem że mogę mu zapłacić, a on na to, że chciał pomóc i jeśli przyjąłby te pieniądze to to nie byłaby prawdziwa pomoc. Powiedział że będę ich potrzebował.

image

image

Dodatkowo firma ubezpieczeniowa zgodziła się zapłacić za mój bilet powrotny. A do tego – wynegocjowałem żeby kupili mi bilet nie z Iquitos a Cuzco i to 3 miesiące później…

Wszystko to wyklarowało się później, w kluczowym momencie mojej diety z Ayahuaska, gdy nie wiedziałem czy mogę kontynuować czy ni. Pieniądze nagle spadły z nieba. Skończyłem dzięki temu dietę. Zostałem dłużej w Peru, mogłem dzięki temu zrobić i nauczyć się wielu wielu rzeczy. Kawałek tej kasy sfinansował mi też podróż do Stanów. Trudno uwierzyć jak wiele otrzymałem przez ten wypadek…

Teraz nie odczuwam juz żadnych skutków wypadku. Wszystko w stopie działa jak należy.
Mam za to dużą bliznę i takie doświadczenie za sobą.

//

Sorry for no translation, for now posting from cellphone, not able to do it

Wybaczcie dziwaczne formatowanie tekstu i zdjec. Teraz nic nie moge z tym zrobić.