#Notatnik

W drodze do Indii

Posted in Głowna / Main, Joga, Notatnik / Note, Podróż / Travel by ja on November 4, 2017

Wciąż jeszcze ciut nie dowierzam. Będę dawał znać :) 

Advertisements
Tagged with: , , ,

Joga i ja

Posted in Joga, Słowa / Words by ja on October 30, 2017

Dzisiaj trochę opowieści o początkach w praktyce Jogi.
Zawsze było u mnie dużo sportu – Aikido w dzieciństwie, potem deskorolka przez prawie 12 lat, kilka lat biegania, kawałek drogi przejechany w rowerowych podróżach i Capoeira w trakcie której ostatecznie wybiłem bark. Wydawało mi się że mam krzepę i jestem nieźle rozciągnięty – ta joga nie jest chyba taka trudna – myślałem.

Z pierwszej sesji w szkole Jogi najbardziej zapamiętałem pozycję psa z głową w dół – którą utrzymywaliśmy przez dłuższą chwilę. Wydawało się to łatwe, opieram się na rękach i nogach, pośladki do góry, głowa luźno – łatwizna :) Po jakimś czasie jednak zaczęły trząść mi się nogi, potem ręce. Chwilę później z czoła kapie strużka potu i trzęsę się już cały. Wszystkie moje mięśnie dygoczą i ciężko dyszę w tej prostej pozycji. Ukradkiem patrzę na panią obok mnie – miała dobrze po pięćdziesiątce, chudziutka, drobna. Utrzymywała pozycję stabilnie i miękko, oddychała lekko. Szczerze mówiąc wyglądała bardziej jakby odpoczywała i czuła ulgę.
Uderzył mnie ten kontrast między nami. W pewien sposób zrozumiałem że siła-sile nierówna. Zachodzi tu coś więcej niż sama gimnastyka i ćwiczenia. Siła mięśni w wysiłku jest czymś innym niż siła płynąca z całego ciała, równowagi, koncentracji i oddechu.

Zacząłem praktykować jogę. Była późna jesień 2013, mieszkałem sam, zaczynałem pisać pracę magisterską. To był fantastyczny i żywotny czas (wpis Zima – lubię do niego wracać). Moje życie składało się z pisania o archetypowej metaforze drogi w życiu i fotografii, chodzenia po lesie, żywiołowej jazdy na rowerze i Jogi co najmniej raz dziennie.

Po miesiącu zauważyłem dużą różnicę w głębokości oddechu. Pojawiło się więcej spokojnej codziennej koncentracji, poprawił się sen, czułem że też poruszam się płynniej i bardziej świadomie. Zniknął jakikolwiek ból czy napięcia w plecach. Pojawił się też rodzaj intuicji wobec kiepskiego jedzenia i alkoholu – zaczęło mnie odpychać. (zostało do teraz) Na wiosnę poszedłem na basen po kilkuletniej przerwie i pierwszy raz w życiu po prostu przepłynąłem kilometr.

Joga była dla mnie czymś prostym, dostępnym na co dzień i bardzo praktycznym. Czymś co sprawia że lepiej funkcjonuję.
Od samego początku złapałem fajny rezonans. Przysłuchiwałem się w sposób jaki nauczyciele tłumaczą i opisują praktykę. Od zawsze lubiłem poznawać anatomie i mechanikę ciała. Czułem że jest tam jeszcze wiele, wiele więcej do zgłębienia, ale w mojej percepcji wydawało się bardzo odległe i wręcz nieosiągalne.

Latem następnego roku, po obronie dyplomu w szkole filmowej, wyjechałem na kilka miesięcy do pracy w Anglii. Cały czas praktykowałem Jogę. Na początku pracowałem w magazynie, gdzie robiłem spokojnie między 20-25km dziennie na piechotę, pchając i ciągnąc wózek z paczkami a pod koniec dnia załadowywałem przyczepę tira paczkami po 30kg – pod sufit. Tak wyglądały pierwsze 3 tygodnie. Na prawdę kiepska i ciężka robota, byłem jednak porządnie zmotywowany. Zbierałem na pierwszą podróż do Peru. Codziennie wstawałem o 4-50 zaczynałem dzień od Jogi aby rozgrzać stawy i wzmocnić kręgosłup, potem wskakiwałem na rower i szybka teleportacja 8 km do pracy. Dzień kończyłem kilkoma wyciszającymi pozycjami.
Myślę że bez Jogi nie dałbym wtedy rady, mogło by się skończyć przeciążeniami stawów albo kontuzją. Najzabawniejsze było to, że wedle regulaminu nie powinienem dźwigać sam niczego powyżej 25kg. Z jednej więc strony przełożona wymagała od pracowników dźwigania trampolin i samochodów elektrycznych – ale żeby to wszystko funkcjonowało musieliśmy się z tym ukrywać przed panią szefową zmiany – bo można było wylecieć. Taka zabawa w kotka i myszkę – wszyscy o wszystkim wiedzieli – ale każdy miał wykonywać swoje zadanie. To było trudne, ale też i bardzo pouczające kilka miesięcy.

Po 3,5 miesiącach pracy wyruszyłem w końcu w podróż, pojechałem na trochę Francji i na chwilę do Polski, a potem już Peru, Boliwia, Portugalia, Litwa, Słowacja, Polska, USA, Kolumbia, Ekwador, znowu Peru, Polska i tak minęły dwa lata. W międzyczasie dużo się wydarzyło. Spotkałem Kingę. Odkryłem medytację. Zacząłem pracę Kambo. Miałem wiele doświadczeń z roślinnymi lekarstwami Amazonii i Andów. Najważniejsze wydają się dwa piętnastodniowe odosobnienia – czyli diety z konkretną rośliną (master plant diet) Niezwykle głęboki proces samouzdrawiania. W trakcie pojawiło się wiele dalszych drogowskazów i odpowiedzi. Rok później wróciłem do Peru żeby spotkać swojego nauczyciela i odbyć drugą dietę roślinną. Była bardziej intensywna ale też o wiele bardziej świadoma. W jej trakcie stało się dla mnie jasne, że podobnie głęboką podróż w głąb siebie można odbyć po prostu medytując.
Wizje, głębokie stany duchowe są czymś pięknym, niesamowitym i nie do opisania słowami – ale nie są dla mnie celem samym w sobie. Nie też uważam że jest w nich coś złego. Uważam że fundamentalną sprawę stanowią: powód, podejście i sposób w jaki się z nich korzysta. Mogą pomóc jak i zaszkodzić… Mógłbym o tym długo pisać, ale to opowieść o Jodze :)
Doświadczenia płynące z San Pedro, Ayahuaski i diet roślinnych z Marusą i Chiricsanango zrobiły swoje i koniec końców zaprowadziły mnie z powrotem w stronę prostoty medytacji i jogi. Przypomniały o codziennej uważności i bieżącej pracy nad sobą. Bo ceremonie-ceremoniami ale właśnie samo życie jest dla nas najlepszym sprawdzianem.

Wracając do wspomnianej diety w Peru – wiele wydarzeń i wizji w jej trakcie pochodziło lub było związane ze wschodnią duchowością. Poczułem że w końcu przyszedł czas żeby odwiedzić Indie, Nepal i Himalaje. Miałem na oku kilkumiesięczny kurs Jogi . Taki był mniej więcej mój plan w teorii – w praktyce jednak  zostałem Tatą :)
Plany się zmieniły, świat wywrócił się do góry nogami a ja cieszyłem się że zostanę ojcem. Czułem że we właściwym czasie pojawi się możliwość kontynuacji tej ścieżki. A jeśli pojawi się coś innego niż sobie wyobrażałem –  to szkoła życia i jej odpowiedzi są tu gdzie jesteśmy teraz.

Po 1,5 roku w sierpniu 2017, pojechaliśmy już całą rodzinką na czeskie Rainbow. Tam jednego słonecznego dnia sprawy niespodziewanie nabrały obrotu. Na zielonej polanie, siedziało i gawędziło w grupkach kilkadziesiąt osób. W przelotnej rozmowie jedna dziewczyn zapytała czy nie poprowadziłbym jogi. Wiadomo – odpowiedziałem że przecież nie jestem nauczycielem i tak dalej. Przez chwilę się opierałem ale w końcu uległem. Nie miałem planu, zacząłem więc po prostu tłumaczyć najprościej to co znam – tak jak czuję i rozumiem. Szybko straciłem rachubę czasu, pojawił się przyjemny lekki flow – po prostu mówiłem, tłumaczyłem, pokazywałem. Zawsze lubiłem opowiadać o rzeczach z którymi czuję rezonans. Dołączali do nas kolejni ludzie. Zaczęliśmy we trójkę, skończyliśmy po dwóch godzinach w kilkanaście osób. Na końcu ludzie nie kryli zadowolenia, chcieli więcej i pytali kiedy robię kolejny warsztat. Wtedy ocknąłem się błogości i wróciłem do swojego powątpiewania – jak to? Ja? Tak po prostu? Jak to możliwe? Faktycznie przez kolejne dni Rainbow, ilekroć mijałem kogoś z uczestników tamtej jogi, padało pytanie – kiedy znowu joga? I że było super. Trudno było mi w to uwierzyć. Cała sytuacja i moja reakcja w gruncie rzeczy była dość zabawna – dała też do myślenia.

Od jakiegoś czasu częściej zadawałem sobie i przepracowywałem pytania, które pewnie wielu z nas sobie zadaje. Czy można i jak utrzymać rodzinę z pasji? Co takiego sprawia że tracisz poczucie czasu? Co właściwie mógłbyś robić dla samej przyjemności i satysfakcji? Fajnie by było robić coś z głębi serca, czuć w tym żywotny przepływ, rozwijać się i pomagać w tym innym. Co takiego chciałbym robić?

Mam wrażenie że tamtego dnia życie podsunęło odpowiedź – w taki przezabawny sposób. Albo może ta sytuacja odsłoniła coś, co intuicyjnie grało we mnie już wcześniej.

Idea kursu Jogi znowu się pojawiła. Kinga też to poczuła. Zacząłem znowu codziennie praktykować Jogę i medytować. Doszliśmy do wniosku że jeśli miałbym robić kurs – to lepiej zacząć szybko zanim nasza córka zacznie chodzić. I nagle sprawy znowu nabrały szybkiego obrotu. Dwa dni temu, ktoś nam serdeczny usłyszał o tym pomyśle i pojawiła się możliwość pożyczki. Teraz już wiem, że za tydzień będę w Indiach. Tu na razie kończy się moja opowieść :)

Jestem tym wszystkim ciut podekscytowany, bardzo się cieszę i z ciekawością czekam na nową wiedzę. Kilka różnych osób poleciło mi tą samą szkołę w Rishikesh. Zobaczmy jak potoczy się to dalej…

Będę przesyłał zajawki z podróży i dawał znać jak wygląda życie i nauka!

Tagged with: , , , ,

Life definiately goes on!

Posted in Notatnik / Note, Podróż / Travel, Polska / Poland, Słowa / Words by ja on October 26, 2017

Cóż mogę powiedzieć.

W mojej codziennej rzeczywistości partnera i ojca – pojawiają się nowe wyzwania i nowe potrzeby. We wnętrzu dokonują się nowe wybory i stopniowo w życiu pojawiają nowe rozwiązania. Czasem w szumie, chaosie i trudach; a czasem łatwo, lekko i przejrzyście – ale wszystko idzie do przodu. Zwykle trzeba się natrudzić, opuścić znajomą strefę komfortu, podjąć próby i zazwyczaj też popełnić jakieś błędy, żeby “pójść dalej”. Wyjaśniło się kilka takich rzeczy, które od dawna czułem ale nigdy nie podejrzewałem że wydarzą się tak naprawdę i tak szybko :) Cieszy mnie to i zaskakuje zarazem. Czasem dobrze jest trochę zaryzykować, włożyć “rękę do ognia” i zobaczyć co z tego będzie…

Zrobiłem sobie przerwę od pisania tutaj. To była wypadkowa różnych przyczyn: Trochę chciałem odpocząć i przetrawiać intensywną rzeczywistość nie myśląc (choćby i co jakiś czas) o jej  pokazywaniu i nazywaniem słowami. Trochę więc odpuściłem żeby na nowo odnaleźć motywację, sens i środek ciężkości. Jesień to fajny czas, las niesamowicie pachnie, liście spadają, kolory tętnią, grzyby rosną. Uwielbiam jesienne powietrze, zapach ziemi. Natura na chwilę obumiera aby móc odrodzić się na nowo. Jesienią wiele rzeczy się mi się z życiu wyjaśnia. W końcu więc, gdy nieco się wyklarowało poczułem, że znowu coś bym napisał.

Szczerze mówiąc teraz nawet nie wiem od czego miałbym zacząć.

Ojcostwo i cała gama uczuć, przeżyć, obserwacji – coś wspaniałego i można to zrozumieć jedynie przez doświadczenie tego. Natura, góry, cisza, rozmyślania nad świadomością, życiem, wszechświatem, duchowość. Społeczność, znajomi, rodzice, dzieciaki i plemie które razem tworzymy. Praca z ludźmi, praktykowanie Kambo, dwa retreaty które zorganizowałem, poprowadziłem i trochę ku swemu zaskoczeniu – było naprawdę super, wygląda że będę to robił częściej. Piękne czeskie Rainbow, Białe Karpaty, magiczny bukowy las, ludzie drogi, opowieści, muzyka, nowi przyjaciele. Generalnie więcej fotografii, zupełnie na luzie i bez zbędnego zastanawiania się :)

A na końcu joga i medytacja, które stanowią kolejne nowe/stare odpowiedzi i obrany kurs. (Napiszę więcej w następnym wpisie)

 

Paradoksalnie jak na niepokazywanie zdjęć – składając ten wpis odkryłem, że zrobiłem ich tego lata całkiem sporo…

Mam nadzieję że oddają choć odrobinę klimatu, energii, piękna tych miejsc, momentów i ludzi…




 

Życie toczy się dalej // Life goes on

Jesień, Zima, Wiosna i przyjście na świat Gaji Dobrawy, naszej córki.

Ostatnie miesiące, ciąża, przenosiny na wieś, wyskok do dżungli, przygotowania, poród, połóg. Cóż za intensywność! Nowe doświadczenia, nowe uczucia, nowe wyzwania, nowe życie. I będzie jeszcze więcej. Ludzie mówili że wszystko w takim momencie wywraca się do góry nogami – i tak jest, ale dociera to do mnie dopiero teraz :)

“Życie jest trudne. To ważna prawda, jedna z najważniejszych. Prawda ta jest ważna dlatego, że kiedy ją rzeczywiście zrozumiemy, będziemy mogli pójść dalej. Kiedy rzeczywiście zrozumiemy, że życie jest trudne – i kiedy to zaakceptujemy – życie przestanie być trudne. Kiedy fakt, że życie jest trudne, zostaje zaakceptowany, traci znaczenie.
Morgan Scott Peck – “Droga rzadziej przemierzana.”

//

Autumn, Winter, Spring and birth of Gaja Dobrawa, our dauther.

Last months, pregnancy, moving to contry side, my journey to Amazon, preparations, labor, confinement. What an intensity! New experiences, new feelings, new challenges and new life. And its going to be me much more of “new”. People were telling me that everything will turn upside down – and thats right, but I’m starting to realize it just now :)

“Life is difficult. This is a great truth, one of the greatest truths. It is a great truth because once we truly see this truth, we transcend it. Once we truly know that life is difficult-once we truly understand and accept it-then life is no longer difficult. Because once it is accepted, the fact that life is difficult no longer matters.”
― M. Scott Peck, The Road Less Traveled: A New Psychology of Love, Traditional Values, and Spiritual Growth

//

Tenmoment życia i jego wewnętrzna transformacja, niosą z sobą całą gamę doświadczeń, od pięknych i wzniosłych, po trudne i odsłaniające nieznane wcześniej obszary “siebie”.

Staram się postrzegać te trudy – jako przemijające lekcje które dobrze jest przerobić. Niesamowite jak bardzo dogłębne i dobitne natura je stworzyła – lekcje, próby i wciąż nowe bezlitosne formy konfrontacji dla ego. Jak spadające nasionka, które obijają się o powierzchnie ale do głębii docierają dopiero za którąś próbą i nie od razu.
Okres ciąży, połogu stany emocjonalne ciężarnej – były dla mnie bezkompromisową nauką akceptacji, kolejnych wglądów, zmagań, nowych upadków i wzlotów. Ale co tu dużo pisać.. trzeba by doświadczyć żeby pojąć. Łał, niesamowity to proces. I trudny i piękny, ale myślę że koniec końców bardzo cenny.

“Czasem ten, kto ucieka przed naturą Życia-Śmierci-Życia, uparcie się domaga, żeby miłość przynosiła same dobrodziejstwa. Jednak miłość w najpełniejszej swej postaci jest ciągiem następujących po sobie śmierci i ponownych narodzin. Wychodzimy z jednej fazy, jednego aspektu miłości, by wkroczyć w kolejny. Namiętność przygasa i powraca. Ból przechodzi i znów się pojawia. Kochać znaczy wziąć w objęcia i jednocześnie przetrwać wiele końców i wiele początków – wszystkie w jednym związku dwojga osób.”
― Estes Pinokla Clarissa – “Biegnąca z Wilkami”

//

Such a moment in life, and kind of speciffic inner transformation brings with it whole range of experiences, from beautiful and sublime, to difficult – that reveals unknown qualities of self.

Well, I try to perceive these challenges as transitory lessons from life that its good to process. Its incredible how deep and distinct nature created it – these new level lessons, tests, and still new merciless forms of confrontation for ego. Like sinking seeds that bounce on the surface, but to the depths they reach just after a try and not immediately.
The pregnancy period, the confinement emotional states of the pregnant woman – was an uncompromising school of acceptance, subsequent insights, struggles, new ups and downs. But what to write a lot here… you have to experience to understand. Wow, how amazing is this process. I find it difficult and beautiful, but I think the end is very precious.

“Sometimes the one who is running from the Life/Death/Life nature insists on thinking of love as a boon only. Yet love in its fullest form is a series of deaths and rebirths. We let go of one phase, one aspect of love, and enter another. Passion dies and is brought back. Pain is chased away and surfaces another time. To love means to embrace and at the same time to withstand many endings, and many many beginnings- all in the same relationship.”
― Clarissa Pinkola Estés, Women Who Run With the Wolves: Myths and Stories of the Wild Woman Archetype

//

Malutka jest już z nami, dziś mija 5 tydzień od jej narodzin. Poród naturalny to niesamowicie silne wydarzenie. Patrzę teraz na Matki z wielkim szacunkiem i podziwem.

Cała sytuacja powolutku się stabilizuje. Pierwsze tygodnie dały popalić. Chociaż jakkolwiek byłbym niewyspany, zmęczony i nieprzytomny, jak spojrzę na naszą piękną córkę, to zwyczajnie wymiękam. Serce mi się rozpływa i eksploduje. To jest najlepsza rekompensata. Każdy jej uśmiech to dla mnie najczystsza błogość. Powoli wariuje :)

Mam wrażenie że zaczyna się zupełnie nowa podróż przez to życie; że doświadczam, albo że doświadcza-My jego  nowych jakości i smaków. Jak gdyby coś się w nas dopełniło.

//

The little one is with us, today is five weeks from its birth. Natural labor is something amazingly strong. I look at Mother now with great respect and admiration.

The whole situation is slowly stabilizing. The first weeks were very intense. Although, no matter how sleepy, restless and tired I would be – as I look at our beautiful daughter, I just dissolve. My heart melts and explodes. This is the best compensation. Every smile of her is the purest bliss.

I have an impression that a whole new journey begins within this life; I’m experiencing, or rather we’re experiencing  its new qualities, new tastes. As if something in us got fulfilled.